Co robimy, kiedy spotkamy się z zupełnie nowym zjawiskiem? Staramy się porównać je do czegoś, co już znamy. Tak też postąpili naukowcy, kiedy pojawił się korona wirus. Próbowali wywnioskować coś o nowym patogenie na podstawie zachowania innych wirusów. Po to, żeby zdobyć wskazówki, jaki kształt może przybrać epidemia.

Po czterech miesiącach badań i bezprecedensowym wysypie artykułów naukowych wiemy na temat koronawirusa znacznie więcej (chociaż wciąż wiele jest niewiadomych). Wiemy też, że wiele z tych pierwszych przypuszczeń nie sprawdziło się bądź jest mocno wątpliwych.

Ciepło, cieplej

Najważniejsze dotyczyło zachowania wirusa w zależności od pór roku (a konkretnie od temperatury i wilgotności powietrza, które zmieniają się wraz z nimi). Jeszcze jakiś czas temu część ekspertów wyrażała nadzieję, że epidemia straci na sile latem. Przypuszczenie było oparte na sezonowości innych wirusów atakujących układ oddechowy, w tym grypy oraz znanych już wcześniej koronawirusów (tych od przeziębień). Zdawał się potwierdzać to również zasięg pandemii ograniczonej na początku do półkuli północnej, gdzie panowała zima, i niewielka liczba przypadków na półkuli południowej, gdzie było lato.

Z badań opublikowanych na początku maja w brytyjskim czasopiśmie naukowym „The Lancet” wynika jednak, że choć cieplejsze warunki pogodowe mogą nieznacznie zmniejszyć transmisję wirusa, to nie ma dowodów, by wysoka temperatura mogła nas przed nim uratować. Autorzy wyliczyli, że do połowy kwietnia doszło do transmisji lokalnej (czyli zakażenia były nie tylko „przywiezione” z zagranicy) w 180 krajach i terytoriach zależnych na świecie, od Islandii po Demokratyczną Republikę Konga. Wniosek? Wirus radzi sobie w regionach obejmujących wszystkie strefy klimatyczne, od zimnych i suchych po gorące i wilgotne. Warto jednak dodać, że na przebieg pandemii w tych drugich może mieć jeszcze wpływ tryb życia mieszkańców, którzy więcej czasu spędzają na zewnątrz (SARS-CoV-2 lubi szukać nowych ofiar w zamkniętych pomieszczeniach).

Jak mówi prof. Krzysztof Pyrć z Uniwersytetu Jagiellońskiego, nawet jeśli okaże się, że latem pandemia osłabnie, to nie znaczy, że będziemy mieć wirusa z głowy. – Nie ma co liczyć na magiczny efekt i całkowite zniknięcie choroby. Niezależnie od tego, czy zaobserwujemy wygasanie epidemii w nadchodzących miesiącach, problem nie zniknie całkiem i moim zdaniem wirus z nami zostanie na dłuższy czas – mówi naukowiec.

Jak to jest z dziećmi

Kolejnym przypuszczeniem na temat SARS-CoV-2 było to, że podobnie jak inne wirusy będzie przenoszony przez dzieci. Stało ono za zamknięciem szkół najpierw w Chinach, a potem w wielu innych krajach. Sprawa jednak wcale nie jest taka oczywista, bo wciąż nie wiemy, czy dzieci łapią koronawirusa tak często, jak dorośli oraz czy tak samo skutecznie „podają” go dalej.

Co mówią badania? Holenderski instytut zdrowia publicznego RIVM przeprowadził analizę danych z różnych państw, z której wyszło, że nie odnotowano przypadków zakażenia od osoby do lat 18. Instytut przyjrzał się również transmisji wirusa w obrębie holenderskich rodzin. Wyszło im, że dzieci w domach go nie roznoszą. To raczej one się zarażają od dorosłych i przechodzą koronawirusa ze słabszymi objawami. Szef RIVM Jaap van Dissel przekonywał więc: dzieci do lat 12 właściwie nie zarażają siebie nawzajem ani starszych osób (podobnie uważa zresztą jego odpowiednik ze Szwajcarii, który nawet zalecił, aby zasady dystansowania społecznego nie obowiązywały wnuków tulących się do dziadków).

Artykuł na łamach „Clinical Infectious Diseases” opisał przypadek 9-letniego chłopca, który chociaż sam zaraził się wirusem na początku pandemii, to nie przekazał patogenu dalej – pomimo wizyt w trzech szkołach oraz szkółkach narciarskich. Naukowcy na razie nie potrafią wytłumaczyć tego fenomenu, tym bardziej że są dowody na to, że u dzieci liczba wirusów w wydychanym powietrzu jest taka sama, jak u dorosłych (do takich wniosków doszli naukowcy z Instytutu Wirusologii berlińskiej kliniki Charité).

Nie dyskryminuje

– Na razie SARS-CoV-2 nie przypomina również innych wirusów pod tym względem, że nie wyróżniamy wielu szczepów, w tym bardziej lub mniej zjadliwych. W świecie wirusów jest to bowiem dość powszechne – tłumaczy prof. Tomasz Wąsik ze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego. Na razie mamy więc do czynienia z jednym szczepem, co jest dobrą informacją z dwóch powodów.

Po pierwsze, ułatwia prace nad szczepionką (skłonność do częstych mutacji sprawia, że wciąż nie ma uniwersalnej szczepionki przeciw grypie).

Po drugie, nie ma mniej i bardziej zjadliwej wersji wirusa, co miałoby niebagatelny wpływ na przebieg pandemii. Jak mówi profesor, są bowiem takie lata, kiedy w Polsce na wirusa grypy A umiera 300 osób, a były takie, kiedy umierało parę tysięcy. Pewne szczepy są także bardziej zjadliwe od innych również w przypadku innych wirusów, jak chociażby wywołującego zapalenie wątroby typu C.

Profesor Wąsik wskazuje również, że nikt na razie nie wykazał, aby SARS-CoV-2 w różny sposób atakował różne populacje ludzi, co również zdarza się w przypadku innych wirusów. Dla przykładu inną reakcję organizmu wywołuje zakażenie wirusem HIV u Amerykanów pochodzenia afrykańskiego, a inną u europejskiego. Ekspert podaje też inny przykład: – U większości Europejczyków zakażenie wirusem Epstein-Barra skutkuje mononukleozą zakaźną, a w Azji Płd.-Wsch. podnosi ryzyko raka krtani.

Tajemnica Europy Środkowej

Przez wiele lat naukowcy będą się głowić również nad różnicami w liczbie chorych i zmarłych w różnych krajach. Z danych jednak widać, że w Polsce, Czechach czy na Słowacji jest zdecydowanie mniej zakażeń, jak też zgonów na COVID-19 niż w starej Europie. W Polsce jest ok. 400 przypadków na 1 mln ludności, a na Słowacji ok. 300, podczas gdy w Wielkiej Brytanii ta wartość wynosi 3,5 tys., a w Hiszpanii 6 tys. W tych dwóch krajach idzie to również w parze z wysoką liczbą śmiertelnych przypadków.

Zdaniem prof. Roberta Flisa, prezesa Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych, może wpływać na to kilka czynników. Jedna z hipotez (na razie niepotwierdzona) wskazywała, że tam, gdzie są obowiązkowe szczepienia przeciw gruźlicy, jest mniej przypadków. Tyle że w Rosji, choć nie ma wielu zgonów, to liczba przypadków sięga niemal 2 tys. na milion mieszkańców. Profesor Flis wskazuje, że nadal nie wiadomo, na ile może nas częściowo uodparniać przejście chorób wywołanych wcześniejszymi typami koronawirusa, który jest obecny od dawna w populacji ludzkiej. To mogłoby powodować, że niektóre społeczeństwa są bardziej odporne na mutację starego wirusa.

Wiele wskazuje, że tak naprawdę kluczowy jest poziom wprowadzonych ograniczeń i ich przestrzegania. W naszym regionie były one dość restrykcyjne i dość rygorystycznie zachowywane. Szczególnie w porównaniu ze Szwecją i z Wielką Brytanią, które niechętnie patrzyły na ogólnokrajowe zamrożenia. Efekt: w Szwecji liczba zgonów na 1 mln mieszkańców wynosi 365, w Wielkiej Brytanii – 511. U nas i naszych południowych sąsiadów ten sam wskaźnik nie przekracza 30, a na Słowacji – 5 (dane za portalem Worldometer).

Zdaniem prof. Włodzimierza Guta z Zakładu Wirusologii NIZP-PZH ostatnie miesiące pokazują, że jedyną pewną rzeczą jest to, że wirus przenosi się z człowieka na człowieka, więc wpływ na jego transmisję mają przede wszystkim nasze zachowania. Zaś największą trudnością jest to, że zarażamy jeszcze przed wystąpieniem objawów. A ponieważ nie ma leków i nie możemy liczyć, że załatwi to za nas klimat – nadal musimy głównie polegać na tym, jak często myjemy ręce i z kim się spotykamy.