Z jednej strony nie powinno nas to dziwić. W końcu państwo po to właśnie zostało powołane, aby chronić obywateli przed zagrożeniami, jak w największym skrócie można streścić koncepcję umowy społecznej. I to mimo, że wśród jej oryginalnych twórców, jak John Locke czy Thomas Hobbes, na próżno szukać ustępów o państwowym systemie zabezpieczenia epidemiologicznego. Koncepcja ta nie daje jednak odpowiedzi na pytanie, jakie to państwo powinno być, przez co nad Wisłą – i nie tylko tutaj – od czasu do czasu powraca dyskusja właśnie na ten temat.

Między Bałtykiem a Tatrami nie brakuje zwolenników małego i taniego państwa przekonanych, że nasza obecna Rzeczpospolita jest dokładnym zaprzeczeniem ich ideału. Argumentują oni, że zamiast nadać naszemu państwu formę start-upu, zbudowaliśmy coś na kształt molocha. Ten cierpi oczywiście na przerost zatrudnienia (urzędasów), w związku z czym kosztuje masę pieniędzy. A skąd one się biorą? Oczywiście z podatków, które – by pokryć kolosalne koszty – muszą być wysokie.

Koronawirus odesłał tę logikę do lamusa. Nie słychać głosów mówiących, że małe i tanie państwo lepiej poradziłoby z pandemią. Rodzą się raczej pytania o to, czy obecne państwo jest wystarczająco dobrze przygotowane na walkę z SARS-CoV-2 i kolejnymi patogenami. Jak jeszcze wzmocnić instytucje, którymi dysponujemy dziś? Czy powinniśmy powołać kolejne?

Przy okazji od razu doszło do eskalacji żądań. Zwróćmy uwagę, że nikt nie dyskutuje z tym, czy potrzebny jest pakiet stymulacyjny dla gospodarki. Jedyne pytanie, które w związku z tym słychać, brzmi, czy będzie on wystarczająco ambitny. Bo jeśli okaże się kapiszonem, to rząd będzie musiał ogłosić drugą transzę działań stymulacyjnych.

Dyskusja ta wybuchła ze szczególną mocą po drugiej stronie Atlantyku, gdzie gwałtownie rosnąca liczba przypadków wywołała falę krytyki pod adresem prezydenta Donalda Trumpa i jego administracji. I chociaż lokator Białego Domu obiecał podwoić wysiłki w walce z pandemią, to do falstartu prawdopodobnie przyczyniły się m.in. cięcia, jakich dokonał w administracji federalnej, w tym w części odpowiedzialnej za zdrowie publiczne.

Oczywiście ani po tej, ani po tamtej stronie Atlantyku nigdy nie zabraknie zwolenników małego i taniego państwa. W Polsce można upatrywać przyczyn popularności takiego poglądu w odczuciu części obywateli, że w zamian za swoje pieniądze nie otrzymują odpowiedniego poziomu usług publicznych. Niestety odpowiedzią nie jest zagłodzenie molocha, a raczej dokarmienie go (i patrzenie na ręce!), bo im bardziej skomplikowane stają się wyzwania, jakie stawia przed nami rzeczywistość, tym droższe są odpowiedzi na nie.

Czasami można się spotkać z powiedzeniem, że „w okopach nie ma ateistów”. Wydaje się, że podobna zasada zaczęła obowiązywać także teraz: podczas pandemii nie ma zwolenników małego i taniego państwa. Koronawirus sprawił też, że wiele rzeczy, które na co dzień traktujemy jak oczywistości, wcale takie oczywiste nie są. Wśród nich na pierwszy plan wysuwa się otwartość gospodarki, w tym przede wszystkim związana z nią swoboda przepływu osób. Na co dzień uznajemy ją za jedno z najbardziej fundamentalnych osiągnięć współczesności. W obliczu zagrożenia koronawirusem bardzo szybko stała się poważnym balastem.

I faktycznie, kiedy tylko patogen został zawleczony z Chin do Niemiec (pierwszym ogniskiem COVID-19 za Odrą była bawarska firma produkująca części samochodowe, do której siedziby na szkolenie przyjechał pracownik z Państwa Środka), tamtejsze media zaczęły zastanawiać się nad ciemnymi stronami otwartego świata. „Jak koronawirus uczynił globalizację śmiertelnym zagrożeniem” – krzyczał niedawno swoją okładką magazyn „Der Spiegel”.

Oczywistością przestała być też swoboda przepływu towarów, ponieważ martwiące się o rozwój pandemii stolice zaczęły wprowadzać ograniczenia w eksporcie środków higienicznych i ochrony osobistej. W niedalekiej przyszłości można się spodziewać, że bezpieczeństwo epidemiologiczne będzie traktowane – na równi z energetycznym czy żywieniowym – jako obszar strategiczny, na który nie można szczędzić środków. I chodzi nie tylko o stworzenie rezerw materiałowych, ale też np. o dopłaty dla przedsiębiorstw, które miałyby utrzymywać w gotowości kryzysowe moce produkcyjne.

Ślady tej refleksji pojawiły się już w Stanach Zjednoczonych, gdzie niektórzy eksperci zaczęli przypominać o tym, jak wiele leków jest wytwarzanych w Chinach. I chociaż temat nie jest nowy – powstała na ten temat nawet książka „China Rx: Exposing the Risks of America’s Dependence on China for Medicine” (Chińska recepta: jakie ryzyko niesie dla Ameryki zależność od Chin w produkcji leków) autorstwa Rosemary Gibson oraz Janardana Prasada Singha – to pandemia koronawirusa uzmysłowiła, że ryzyko scenariusza, w którym jedyny producent jakiejś kluczowej molekuły blokuje jego sprzedaż poza kraj, jest realne.

SARS-CoV-2 stał się również testem dla naszej percepcji swobód osobistych. Zalecenia pozostania w domu i ograniczeń w kontaktach z innymi ludźmi dotykają bowiem naszej sfery wolności znacznie mocniej niż chociażby ograniczenia związane z bezpieczeństwem publicznym czy walką z terroryzmem. Gdyby ktoś pół roku temu nakreślił scenariusz, zgodnie z którym pobłogosławieni wspaniałym klimatem i uwielbiający życie towarzyskie Włosi zamknęliby się dobrowolnie w domach, zostałby prawdopodobnie wyśmiany.

I chociaż walory klimatyczne nad Wisłą są gorsze niż w Italii, to prognoza, że Polacy posłuchają się władzy i zostaną w mieszkaniach, także tutaj zostałaby przyjęta z dość poważnym sceptycyzmem, jeśli nie pobłażliwym uśmiechem. A jednak doczekaliśmy także takiej chwili

Bezpieczeństwo epidemiologiczne będzie traktowane na równi z energetycznym