Stosunek obozu rządzącego do sprawy Banasia był sinusoidą. Najpierw lekceważenie pytań opozycji i wystawianie urzędnikowi – skąd inąd naprawdę zasłużonemu kiedyś człowiekowi – pozytywnych cenzurek. W takim samym stylu, w jakim ludzie ze zgoła innych środowisk bronili bohaterów głośnych afer. Potem w końcowej fazie kampanii wyborczej utwardzenie tonu, ale bez konkluzji („czekamy na raport CBA”). Następnie znowu złagodzenie opowieści o tej sprawie – dokładnie w momencie, kiedy Banaś decydował się na powołanie pisowskich wiceprezesów, bardziej partyjnych niż on sam: Tadeusza Dziuby i Marka Opioły. Wreszcie, kiedy już to uzyskano, wezwanie przez samego prezesa Kaczyńskiego do dymisji i głośne rozważanie „planu B”, który miałby umożliwić odklejenie niewygodnego prezesa od fotela.

Te kolejne zwody groziły wizerunkowymi stratami. Elektorat kompletnie się w tym chaosie sprzecznych komunikatów pogubił, widać to w sieci. Jedni nadal bronią Banasia, przedstawiając go jako ofiarę VAT-owskich mafii i niewiarygodnego TVN. Inni wskazują, że przecież PiS sam czyści swoje podwórko, ale muszą znosić kolejne zmiany stanowiska.

Sytuacja musi być jednak poważna, skoro komunikat o stanowisku prezesa („niech poda się do dymisji”) pojawił się zaledwie w dzień po adwokackich wywodach polityków obozu w mediach i bagatelizującym komunikacie premiera, że przeczyta raport CBA, kiedy będzie miał czas. Najwyraźniej czas znalazł w końcu sam Kaczyński, a przekonał go do tego zapewne Mariusz Kamiński, obecny przecież podczas spotkania z prezesem NIK. Nie chodzi tu już o złe wrażenie z powodu kumplowania się dawnego szefa policji skarbowej z dresiarzami, ale o konkretne zarzuty karno-skarbowe.

Generalny inspektor informacji finansowej złożył już zawiadomienie do prokuratury – dokładnie tego dnia, kiedy politycy PiS bagatelizowali na potęgę. Dlaczego dopuszczono do takiego zamętu sprzecznych komunikatów? Mści się arogancki nawyk radzenia sobie w takich sytuacjach samą siłą politycznej przewagi. Ale w nowej kadencji sporo się w tym względzie zmieniło. Stąd na sam koniec w ustach ludzi PiS pojawiły się nawet uwagi o „naszym błędzie”, a wiceprezes partii Adam Lipiński w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” ukonkretnił: służby specjalne nie przestrzegły w porę, kiedy Banaś awansował.

Co będzie dalej? Możliwe, że Banasiowi coś obiecano w zamian za płynne oddanie władzy nad NIK ludziom PiS. Możliwe, że teraz on sam się targuje. Dlatego – jak pisał DGP wczoraj – nie zgodził się na poprawienie własnego wniosku o dymisję. Choć pewnie wcześniej obiecał Kaczyńskiemu, że wskaże Tadeusza Dziubę jako tego, który przejmie stery w izbie. Stąd reakcja marszałek Witek, która „niezadowalające” pismo odesłała.

Czy prezesa Banasia nie można odwołać? To zabawne, ale najpierw wersję o tym, że to niemożliwe bez zmiany konstytucji, głosili chórem politycy PiS. Chcieli pokazać: „my byśmy coś zrobili, ale mamy związane ręce”. Teraz, kiedy uznali, że sprawa jest zbyt poważna, więc warto coś zrobić, argument przejęła opozycja oraz bliscy jej konstytucjonaliści. Dlaczego? Aby dowodzić, że sytuacja jest bez wyjścia – z winy PiS. „Wybraliście go, to macie cierpieć”.

W rzeczywistości konstytucja nic nie mówi o odwołaniu prezesa NIK, zajmuje się tylko ustanowieniem dla niego immunitetu sądowego. Ale skoro ustawa o NIK przewiduje cztery powody takiego odwołania, parlament może bez zmiany ustawy zasadniczej dopisać powód piąty. Przecież artykuł 13 tej ustawy stanowi, że prezes NIK odpowiada przed Sejmem; nie jest więc organem totalnie niezależnym po swoim wyborze. Kłopot nastręcza jednak sformułowanie takiego piątego powodu. Jak opisać w ustawie przypadek Banasia, któremu na razie nie postawiono jeszcze żadnych zarzutów? I jak uniknąć przykrego wrażenia, że poprawia się ustawę po to, aby pozbyć się konkretnego człowieka?

Kręgi opozycyjne chętnie korzystają dziś ze sposobności szkodzenia PiS-owi. Kiedy Kaczyński w komunikacie wezwał prezesa NIK do dymisji, niektórzy opozycyjni publicyści uznali to za niedopuszczalne naciskanie na „niezależny organ”. Ale przecież dopiero co żądano od premiera przeczytania raportu CBA i zatelefonowania do Banasia. Po to, aby go wezwać do dymisji. Oczywiście prezes NIK nie podlega szefowi rządu; tak samo jak prezesowi partii. Jednak zaapelować o dymisję wolno każdemu, tym bardziej posłowi, który całkiem niedawno poparł jego kandydaturę na szefa NIK. PiS-owi funduje się więc tor przeszkód. Ale też nie sposób go w tej sprawie żałować.

Po pierwsze z powodu zaszłości, które opozycja ma prawo wypominać. Ważni politycy mówili autorowi niniejszego tekstu, że wątpliwości wokół niejasnych powiązań Banasia krążyły od miesięcy. Na pewno jeszcze przed jego wyborem na prezesa NIK. Możliwe, że również przed mianowaniem go na krótko ministrem finansów. Jak to się stało, że sygnały zlekceważono? Czy ławka kadrowa jest aż tak krótka? Czy ktoś miał wobec Banasia osobisty dług do spłacenia? Niezależnie od odpowiedzi na to pytanie, wpuszczenie lisa do kurnika przez partię, która z walki z podobnymi patologiami uczyniła sztandar, to mistrzostwo świata – w moralnej kompromitacji, ale i w nieudolności. Na dokładkę pozycja lisa jest nieźle obwarowana przepisami. Może on więc dowodzić, że z kurnika nie da się go już wykurzyć.

Po drugie, PiS-owi ciężko będzie się powoływać na swoje prawo do odwołania Banasia, bo cała historia fatalnie wygląda. Można przypominać, że prezes NIK odpowiada przed Sejmem. Ale usuwanie go – nawet z uzasadnionego powodu – przypomina, że są jakieś granice manipulowania takimi instytucjami. Zasada ułatwiająca pozbywanie się z takich urzędów musi się jawić jako zdradliwa, kiedy poważny organ kontrolny jest traktowany jako partyjny łup.

Oczywiście PiS może się bronić – poprzednicy też wprowadzali na urząd prezesa swoich ludzi. Zaczęło się w roku 1995, kiedy SLD z PSL skróciły kadencję Lechowi Kaczyńskiemu, bo chciały tam widzieć własnego nominata. Tę zasadę powinno się głośno kwestionować, bo koncepcja kontrolowania samego siebie sprawdza się zawsze średnio lub wcale. Zarazem obecny obóz rządowy może przypominać, że tolerował w NIK prezesa Krzysztofa Kwiatkowskiego – nie tylko wybranego przez PO, lecz także obciążonego prokuratorskimi zarzutami.

Ta „zasługa” blednie jednak, gdy pojmiemy kontekst: słaby, sparaliżowany prezes izby kontroli był dla obozu rządowego wygodny, a w każdym razie niegroźny. Obecna gra toczy się o co innego.

Choć nie udało się z Banasiem, PiS i tak chce po jego ewentualnej dymisji trzymać rękę na tej instytucji. Pewnie nie uda się wybrać nowego prezesa, bo wymagana jest tu zgoda Senatu, a ten jest w rękach opozycji. Ale NIK kierowana przez pełniącego obowiązki, do niedawna posła PiS, byłaby już całkiem bezpieczna. Taki p.o. wobec rządu i wobec sejmowej większości będzie miał zdecydowanie słabszą pozycję, niż miałby Marian Banaś, gdyby go nie przyłapano na grzechach.

Konkluzja, że może ten pat w NIK to dobra okazja, aby dyskutować o realnym odpolitycznieniu tej instytucji, brzmi dobrze. Ale przecież dziś nikt takimi kategoriami nie myśli. I to jest najsmutniejsze w tej całej historii.

Jak to się stało, że sygnały zlekceważono? Czy ławka kadrowa jest aż tak krótka? Czy ktoś miał wobec Banasia osobisty dług do spłacenia?