Liderzy państw, należąc do tych dwóch współpracujących ze sobą obozów, mogli wszystko jednogłośnie zatwierdzać na unijnych szczytach. Opozycja praktycznie nie istniała. Dziś sytuacja jest zupełnie inna z dwóch powodów. Po pierwsze, istnieją już w Unii państwa rządzone przez ugrupowania otwarcie eurosceptyczne, wysoce podejrzliwe wobec starego mainstreamu i w związku z tym niechętne do kompromisów. Po drugie, po stronie, którą można umownie nazwać proeuropejską, także nastąpiły poważne przesunięcia.

Fundament całej koncepcji Unii Europejskiej, czyli centroprawicowa Europejska Partia Ludowa (EPP), wprawdzie zdobył w ostatnich wyborach europejskich najwięcej mandatów, ale jego pozycja jest zdecydowanie słabsza niż w poprzednich latach. Jeśli przeliczymy liczbę europosłów tylko z krajów dawnej piętnastki, pomijając zarazem Wielką Brytanię, okazuje się, że pierwszy raz od wielu lat dałoby się stworzyć większość bez EPP. Wystarczyliby socjaliści, zieloni i liberałowie z francuską partią Emmanuela Macrona, którzy stanowią razem 56 proc. europosłów z tych państw.

EPP twierdzi, że to jej należy się fotel szefa Komisji Europejskiej, ale tym razem trzeba się dogadać i z socjalistami, i z liberałami, którzy w większości pochodzą z zachodu Europy, gdzie są od EPP silniejsi, więc nie chcą ustępować. EPP to dziś partia w coraz większym stopniu oparta na europosłach bałkańskich, gdzie najłatwiej jej się wygrywa wybory. Stąd w negocjacjach co chwila pojawiają się nazwiska Chorwatów czy Bułgarek. Dziś jest to miejsce na mapie Europy, gdzie mieszka żelazny elektorat EPP. Francuzi, Hiszpanie i Włosi poskręcali w innych kierunkach i są już obecnie dość daleko od centroprawicy.

To sprawia, że podział na Zachód i Wschód, którego miało już w Unii nie być, który miał być symbolem przeszłości, odradza się w sposób polityczny. Zachodem dziś mogłaby rządzić lewica: socjaliści i zieloni wraz z liberałami. Wschód to utrzymująca się dominacja EPP i silniejsza niż na Zachodzie pozycja ugrupowań eurosceptycznych. Jednych i drugich symbolicznie łączy węgierski Fidesz, który pasuje i tu, i tu.

Jesteśmy więc w Europie coraz bardziej różni. Nie ma więc podstaw do tego, aby mieć nadzieję na to, że tegoroczny pat decyzyjny w Radzie Europejskiej był jednorazowym, przejściowym wydarzeniem. On wynika ze szczerych przekonań ludzi siedzących przy stole, którzy dziś reprezentują zupełnie osobne światy i zestawy poglądów. A skoro tak, to mamy do wyboru tkwienie w tym pacie i paraliż decyzyjny albo mniejsze lub większe zmiany, które oznaczałyby rezygnację z koncepcji Europy ojczyzn przyjmującej wszystko jednogłośnie za pomocą kompromisów.

Większa zmiana polegałaby na usunięciu Rady Europejskiej w ogóle, bo tak właściwie ona dziś już w niczym nie pomaga. Skoro wybieramy demokratycznie Parlament Europejski, to dlaczego ma w Unii istnieć jeszcze osobne ciało, które jest równie ważne jak ten parlament, tyle że jest to ciało, które panicznie boi się głosowań i decydowania większością głosów i ciągle upiera się przy kompromisach, które 20 lat temu działały, ale dzisiaj już nie działają, bo przy stole siedzą ludzie, którzy ich nie chcą albo są do nich niezdolni? Przez taki układ instytucjonalny Unia Europejska jest dziś w praktyce jedyną organizacją na świecie, w której mamy liberum veto. Gdyby tę instytucję usunąć i pozostawić po prostu parlament i wybieraną przez niego Komisję Europejską, byłoby znacznie prościej.

Oczywiście taki scenariusz jest całkowicie nierealny. Żyjemy w świecie państw narodowych i jeszcze długo to się nie zmieni, nie da więc się stworzyć traktatem Europy bez ojczyzn. Dlatego wyjściem z obecnej sytuacji może być rozwiązanie, które wygląda mniej drastycznie, chociaż moim zdaniem jest gorsze – Europa ojczyzn, ale nie wszystkich. Na tym bowiem będzie polegać przejście z systemu podejmowania decyzji jednogłośnie do systemu opartego na głosowaniach większością. Aby to się stało, nie trzeba nowego traktatu. Potrzeba tylko, aby większość na Radzie Europejskiej zaakceptowała tę sytuację i uznała, że może wprowadzać w życie swoje decyzje samodzielnie, akceptując także to, że jedno czy kilka państw będzie przeciw.

Czar wtedy zapewne pryśnie. Niektóre podziały się pogłębią, konflikty – zaostrzą, zwłaszcza jeśli okaże się, że wśród tych, co byli przeciw, są ciągle te same państwa. Dlatego lepiej byłoby w ogóle zlikwidować Radę Europejską i przenieść cały ciężar polityczny do ciała zdecydowanie bardziej demokratycznego, czyli Parlamentu Europejskiego. Lepiej mieć konflikty między paneuropejskimi partiami niż państwami. Tak czy inaczej, jeśli Unia nie znajdzie w sobie wystarczająco dużo woli politycznej, aby odejść od nieustannego poszukiwania kompromisów zadowalających wszystkich, to w tej kadencji pogrąży się w kompletnym bezruchu. A to, biorąc pod uwagę ponownie pogarszającą się sytuację gospodarczą w Europie, będzie niekorzystne dla obywateli.

Lepiej przestać udawać, że wszyscy się lubią, pogodzić się z tym, że to prawdziwa polityka z prawdziwą opozycją i iść do przodu z integracją tylko z tymi, którzy jej chcą. Ci, którzy jej nie chcą, zostaną z boku i będą przeciw. A przy okazji dzięki takiej postawie będą mogli wygrywać wybory w krajach, które też lubią być przeciw. Tak to się skończy. Alternatywa, czyli ugrzęźnięcie w niekończących się sporach, byłaby jeszcze gorsza.