statystyki

Klinger: Babiš zaczął się bać siły bezsilnych

autor: Klara Klinger25.06.2019, 00:33; Aktualizacja: 25.06.2019, 08:24
Klara Klinger

Klara Klingerźródło: DGP

Czesi zaskoczyli samych siebie. „Nie mieliśmy pojęcia, że jest w nas taka siła” – pisze wiceszef tygodnika „Respekt” Marek Švehla. To samo mówi redaktor naczelny serwisu Aktualne.cz Josef Pazderka. – Siła jest też w tym, że nikt się tego nie spodziewał – deklaruje. – Zaczęło się od małej inicjatywy, a tu nagle 300 tys. osób na Letnej? To największy zryw od 1989 r. – dodaje.

Te liczby mogą robić wrażenie na Polakach. Czarny marsz przeciw zmianie przepisów aborcyjnych zgromadził ok. 70 tys. osób, w obronie sądów przed Pałacem Prezydenckim manifestowało ok. 50 tys. demonstrantów, a przeciw reformie edukacji 35–40 tys. osób. A Czechów jest cztery razy mniej niż Polaków. Wrażenie może też robić powód protestów. Wychodzi na to, że Czesi, znani głównie z tego, że nie obchodzi ich polityka i że już dwukrotnie wybrali w bezpośrednich wyborach prezydenckich kogoś, kto nadużywa alkoholu i przemawia jak kolega z hospody, ni z tego, ni z owego wyszli na ulice, by walczyć o demokrację. I to nie dlatego, że planowana jest radykalna zmiana prawa, likwidacja przywilejów czy że politycy zawłaszczają władzę sądowniczą. Chodzi o to, że ich szef rządu Andrej Babiš okazał się przekręciarzem i wyciąga dla siebie dotacje z Unii. Jako były szef jednego z największych konglomeratów chemiczno-spożywczo-przemysłowych pompował pieniądze UE w firmę, którą zarządza fundusz powierniczy.

Czeskie protesty różni też od polskich ich pełna apolityczność. Wszystko zaczęło się od niewielkiej inicjatywy wkurzonego studenta. Mikuláš Minář założył stowarzyszenie Milion Chwilek dla Demokracji po tym, jak premier wymienił ministra sprawiedliwości na swojego człowieka. Motywacja była jasna: szef rządu obawia się postępowania, które toczy się przeciw niemu w sprawie wyłudzania dotacji unijnych. Wolał mieć sprawę pod kontrolą. – Minář działa profesjonalnie, ma doświadczenie w organizacji koncertów, nie zaprasza na protesty przedstawicieli opozycji. Stara się działać absolutnie bez polityki, a im więcej ataków pod jego adresem ze strony rządu, tym bardziej działa to na jego korzyść – mówi Pazderka.

Dlaczego ta inicjatywa zyskała aż takie poparcie? – Boimy się polskiego i węgierskiego scenariusza – uważa lewicowa dziennikarka Saša Uhlová. Tłumaczy, że gdyby nie to, że w Grupie Wyszehradzkiej pojawiło się zagrożenie autorytaryzmem, przejęciem władzy przez konserwatystów i wyjściem z Unii, nie byłoby takiej mobilizacji. Zresztą miejsce protestów też jest symboliczne: na Letnej stał swego czasu największy na świecie pomnik Stalina.


Pozostało jeszcze 47% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję

Reklama

Komentarze (1)

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie