Protesty „żółtych kamizelek” stają się powoli francuską tradycją. Odbywają się co weekend nieprzerwanie od trzech miesięcy. W zeszłą sobotę na terenie całego kraju demonstrowało 69 tys. osób, 4 tys. w samym Paryżu. U zarania ruchu w listopadzie protestujących liczono w setkach tysięcy. W swoim ulicznym wydaniu wciąż nie doczekał się struktur ani jednolitego programu. W sobotę w stolicy Francji doszło nawet do starć dwóch grup ubranych w jednakowe żółte wdzianka. Walczących, rozdzielonych w końcu przez policję, nie łączyło nic poza wspólnym elementem ubioru i niechęci do prezydenta Emmanuela Macrona. Jedni okazali się przedstawicielami skrajnej komunistycznej lewicy, drudzy – sympatykami antyimigranckiej skrajnej prawicy. W sobotni wieczór na paryskim Placu Republiki miała odbyć się debata na temat celów „żółtych kamizelek”. Skończyło się na podpalaniu zaparkowanych w pobliżu skuterów i starć około setki protestujących z policją.

Część „żółtych kamizelek” nie chce kojarzyć się tylko z ulicznymi zamieszkami. 31-letnia Ingrid Levavasseur ogłosiła w zeszłym tygodniu listę pierwszych kandydatów związanych z protestami, którzy wezmą udział w majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego. Levavasseur, z zawodu pielęgniarka, stanie na czele listy Zbiór Inicjatywy Obywatelskiej (Ralliement d’initiative citoyenne, RIC). Francuzka stała się jednym z bardziej rozpoznawalnych uczestników protestów dzięki licznym występom w telewizji. Do połowy lutego lista ma zawierać nazwiska 79 kandydatów.

Pierwsze sondaże dają „żółtym kamizelkom” ok. 7,5 proc. poparcia. Nie wiadomo jednak, na ile grupie RIC uda się przekonać do siebie wszystkich Francuzów, którzy wyrażają sympatię dla demonstrujących. Upolitycznieniu ruchu sprzeciwia się Priscilla Ludosky, która w zeszłym roku umieściła na portalu Change.org petycję przeciwko planowanym przez rząd podwyżkom cen paliwa. To jej działanie doprowadziło do powstania ruchu. Ludosky uważa, że „kamizelki” powinny pozostać niezorganizowanym ruchem sprzeciwu, który będzie patrzył politykom na ręce.

Polityczna mobilizacja części „żółtych kamizelek” to paradoksalnie dobra wiadomość dla prezydenta Emmanuela Macrona. Głosy, które w sondażach przypadają protestującym, pochodzą przede wszystkim z grupy wyborców, którzy dotychczas deklarowali chęć oddania głosu na Zjednoczenie Narodowe. Skrajnie prawicowe ugrupowanie Marine Le Pen to główny przeciwnik prezydenckiego ugrupowania Republika Naprzód, które prowadzi w sondażach przed wyborami do PE.

Również wczorajszy inauguracyjny marsz „czerwonych chust” może poprawić notowania francuskiego przywódcy. 10 tys. osób demonstrowało w centrum Paryża poparcie dla legalnych instytucji państwowych i sprzeciw wobec przemocy, która stała się stałym elementem protestów „żółtych kamizelek”. Przemarsz manifestantów ubranych w czerwone chusty lub szaliki został oddolnie zorganizowany za pomocą Face booka. Większość uczestników dopytywanych przez francuskie media przyznawało, że w 2017 r. oddali głos na Macrona. W demonstracji wzięli także udział politycy związani w obozem prezydenckim.

Do czasu zamknięcia tego wydania DGP w czasie demonstracji nie doszło do żadnych incydentów. Kamery francuskiej telewizji zarejestrowały nawet protestujących, którzy podchodzili do funkcjonariuszy paryskiej policji, aby podziękować im za wykonywaną pracę.

Tymczasem w regionach Francji rozpoczęła się tzw. wielka debata. Cykl konsultacji społecznych firmowany przez Emmanuela Macrona ma w intencji prezydenta pomóc odbudować więź społeczną pomiędzy rządzącymi a obywatelami. Rozmowy wokół czterech głównych tematów – demokracji, ekologii, usług publicznych i podatków – potrwają do 15 marca. W sondażu przeprowadzonym po inauguracji wielkiej debaty Macrona poparło 27 proc. Francuzów, o 4 proc. więcej niż w ubiegłym miesiącu.