statystyki

Utracona cześć systemu sprawiedliwości. Do naprawienia w ściganiu i karaniu za gwałty mamy sporo

autor: Sylwia Czubkowska, Klara Klinger01.09.2017, 07:11; Aktualizacja: 01.09.2017, 10:34
przemoc kobieta

przemoc kobietaźródło: ShutterStock

Nie ma kraju na świecie, który dałby sobie radę z naprawdę skutecznym ściganiem i karaniem za gwałty. Co nie znaczy, że w Polsce zrobiono w tej sprawie wszystko, co się da

Można krytykować nagłe zainteresowanie polityków zaostrzaniem kar za gwałty, bo jest oczywiste, że to działanie pod publikę, wynikające z ostatnich nagłośnionych medialnie wydarzeń. Ale nawet jeśli powody są czysto polityczne, to jest szansa, by wprowadzić zmiany mogące przynieść realną poprawę. A do naprawienia w ściganiu i karaniu za gwałty mamy rzeczywiście sporo.

Długo zastanawiałyśmy się, czy pisać o drastycznych szczegółach mniej lub bardziej głośnych spraw, w tym przerażającej śmierci 26-letniej dziewczyny z Łodzi. Zdecydowałyśmy, że z szacunku dla pamięci ofiar i dla ich godności, lecz również po to, by skupić się na problemie systemowym, nie będziemy przywoływać detali. I bez nich jest wystarczająco przerażająco.

Piramida krzywd

Pierwsze spojrzenie na statystyki nie szokuje. W 2016 r. zgłoszono na policję 2426 gwałtów. Mniej niż siedem dziennie. Nie trzeba jednak tłumaczyć oczywistego faktu, że to tylko kawałek rzeczywistego stanu. Pobicie, rozbój, kradzież na policję zgłasza się bez wstydu, licząc nie tylko na pociągnięcie winnych do odpowiedzialności, ale być może nawet na rekompensatę finansową. Skala przestępstw ukrywanych jest niewielka. Zupełnie odwrotnie niż przy gwałtach. Nikt nie wie, ile ich może być w rzeczywistości. Najbardziej skrajne szacunki mówią nawet o 200 dziennie.

Co więcej, gdy porównamy statystyki sprzed kilku lat z bieżącymi, uderza nagły wzrost liczby zgłoszeń. Jeszcze w 2013 r. było ich 1885. Ta różnica wynika ze zmiany prawa ze stycznia 2014 r., zgodnie z którą gwałty przestano u nas ścigać wyłącznie na wniosek ofiary. Choć wydawać by się mogło, że takie przestępstwo powinno być ścigane z urzędu, przez lata dla wymiaru sprawiedliwości nie było to wcale oczywiste. I właściwie w dalszym ciągu nie jest. Zarówno przed zmianą prawa, jak i po niej praktycznie nie zmieniła się liczba spraw, w których policja potwierdziła popełnienie przestępstwa. W 2013 i w 2016 r. było to niecałe 1,4 tys. przypadków. Czy to oznacza, że reszta to konfabulacje?

– Nie, to powszechne problemy ze skutecznym poprowadzeniem sprawy przestępstwa seksualnego. Już widzimy, że zmiana prawa nie przyczyniła się do sprawniejszego stawiania zarzutów. Bo nie wystarczy zaostrzenie kodeksu karnego, jeśli problemem jest już pierwsze przesłuchanie ofiary – mówi DGP mecenas Artur Pietryka, który właśnie pracuje nad doktoratem i skończył badania poświęcone temu, dlaczego tak wiele przestępstw seksualnych nie dociera nawet do etapu procesowego. – Nie ma wciąż odpowiedniej infrastruktury na posterunkach, w prokuraturach czy sądach. Niestety są miejsca, z których trzeba jechać nawet po 30–40 kilometrów, by znaleźć odpowiedni, przyjazny pokój do przesłuchania ofiary. Nie ma też specjalnej atencji na prawa pokrzywdzonych. Albo ofiara trafi na empatycznego funkcjonariusza, albo nie. Już nie mówiąc o zachowaniu zasady, by jej sprawę prowadziła cały czas jedna i ta sama osoba, najlepiej tej samej płci, co ofiara, aby nie stresować już i tak straumatyzowanej osoby – tłumaczy prawnik. I wymienia kolejne powody niskiej skuteczności prowadzonych przez policję spraw: brak biegłych psychologów, za rzadko nagrywane zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa (by nie zmuszać do powtarzania zeznań), brak wsparcia prawnego dla ofiar, które w efekcie rzadko wnioskują, składają zażalenia, odwołują się.

Do sądów dociera więc jeszcze mniej niż te 1,4 tys. spraw. W 2016 r. ostatecznie udało się skazać 684 osoby. Jedną czwartą ze wskazanych podczas zawiadomień na policji. A gdy zbadamy statystyki resortu dogłębnie, jeszcze trudniej mówić o zadośćuczynieniu i karze. Z tych 684 osób 217 usłyszało wyroki w zawieszeniu. Jedna trzecia przypadków. – To i tak niższy odsetek niż w poprzednich latach, gdy liczba wyroków w zawieszeniu sięgała ponad 40 proc. skazań. Lecz i tak jest to szokujące – mówi mecenas Pietryka.

Kara na święte nigdy

Po takich wyrokach zrozpaczone ofiary decydują się iść po sprawiedliwość do mediów. Tak właśnie zrobiła tłumaczka, której głośna sprawa ciągnie się już cztery lata. Kobieta została zgwałcona podczas szkoleń ratowników medycznych w Kaliningradzie. Co prawda sąd uznał, że oskarżeni zmusili „pokrzywdzoną przemocą do obcowania płciowego oraz poddania się innej czynności seksualnej”, jednak dla jednego sprawcy wydał wyrok 2 lat więzienia w zawieszeniu, dla drugiego – tylko 8 miesięcy, także w zawiasach. Po takim orzeczeniu kobieta publicznie stwierdziła, że poczuła się ponownie zgwałcona – tym razem przez sąd. Na dodatek już na drodze batalii sądowej sama została przez sąd ukarana grzywną za to, że nie chciała stawiać się na rozprawy. Obawiała się spotkań ze sprawcami. Po apelacji sprawa z powrotem trafiła na wokandę. W tym tygodniu odbyła się kolejna rozprawa, lecz nadal nie zapadł wyrok – obrońca oskarżonego zażądał bardziej precyzyjnej opinii biegłej psycholog, która obserwowała zeznania oskarżonej i oceniała jej wiarygodność.


Pozostało jeszcze 73% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie