statystyki

Tusk i Kaczyński to nie pierwsi wielcy wrogowie na arenie politycznej

autor: Andrzej Krajewski17.03.2017, 07:15; Aktualizacja: 17.03.2017, 07:59
Pewnym pocieszeniem jest, że za wojnę obu polityków w końcu płacić zaczną nie tylko obywatele III RP. Ale byłaby to wielka ironia losu, gdyby wendeta dwóch egocentryków z przerostem ambicji zaczęła ważyć na przyszłości Europy

Pewnym pocieszeniem jest, że za wojnę obu polityków w końcu płacić zaczną nie tylko obywatele III RP. Ale byłaby to wielka ironia losu, gdyby wendeta dwóch egocentryków z przerostem ambicji zaczęła ważyć na przyszłości Europyźródło: Agencja Gazeta
autor zdjęcia: Fot. Wojciech Olkunik AG

Osobista niechęć i spór o przyszłość kraju mogą fundamentalnie dzielić, a mimo to przynieść pozytywne skutki. Gdy wspólny cel jest ważniejszy od prywatnych animozji.

Policzenie, ile razy w ciągu ostatniej dekady wojna między Donaldem Tuskiem a Jarosławem Kaczyńskim odciskała się piętnem na Polsce, to trudne zadanie. Bo przykłady fatalnych w skutkach dla kraju walk między dawnymi liderami PO-PiS-u można mnożyć niemal w nieskończoność. Ostatnim przykładem jest wybór szefa Rady Europejskiej. Kaczyński nie musiał rozpoczynać beznadziejnej szarży, która nie pogrążyła jego wroga, za to pogrążyła polską politykę zagraniczną. Z kolei Tusk nie musiał podtrzymywać swojej kandydatury wbrew opinii rządu własnego kraju, osiągając osobisty sukces za sprawą wsparcia Berlina.

Pewnym pocieszeniem jest, że za wojnę obu polityków w końcu płacić zaczną nie tylko obywatele III RP. Ale byłaby to wielka ironia losu, gdyby wendeta dwóch egocentryków z przerostem ambicji zaczęła ważyć na przyszłości Europy.

Choć przynajmniej Polacy w swoim nieszczęściu nie pozostawaliby osamotnieni. Brak bowiem nadziei, że w niedalekiej przyszłości jeden z oponentów w końcu ostatecznie wygra, rozwiązując problem. Trudno też wierzyć, że Kaczyński i Tusk nauczą się rozdzielać osobiste interesy od dobra Polski, bacząc, by to drugie nie zostało naruszone.

Bo taką zaletę posiadają jedynie wielcy przywódcy.

Obiad na krańcu świata

„Usiłowałem ich przekonać, że to, co chcą zrobić, jest nonsensem i zbrodnią wobec Polski. Ani jedno, ani drugie mi się nie udało” – wspominał Roman Dmowski rozmowę, którą odbył przy obiedzie w hotelu Seiyoken 11 lipca 1904 r. Dzień wcześniej do Tokio zawitał Józef Piłsudski, w towarzystwie Tytusa Filipowicza. Na Dalekim Wschodzie trwała właśnie wojna rosyjsko-japońska i dla Kraju Kwitnącej Wiśni bardzo pożądany okazywał się sojusznik umiejący organizować akcje dywersyjne na terenie Imperium Romanowów. Taką ofertę przesłał Tokio Piłsudski obiecując, że PPS wznieci bunt na terenie Królestwa Polskiego. W zamian chciał od Japończyków pieniędzy, broni oraz utworzenia na Dalekim Wschodzie legionu sformowanego z polskich jeńców służących w rosyjskiej armii. Negocjowaniem tych kwestii zajął się minister spraw zagranicznych Japonii Komura Jutaro, a do rozmów został dokooptowany szef Sztabu Generalnego gen. Kodama Gentaro. Obaj uznali, że muszą ściągnąć Piłsudskiego do Tokio, by dogadać się z nim osobiście.

O planie wzniecenia rebelii w Królestwie Polskim, przy japońskim wsparciu, dowiedział się Roman Dmowski. Zwolennik budowania ugody między Polakami a Rosjanami, otwierającej możliwość uzyskania dla Królestwa autonomii. Dmowski pośpiesznie zorganizował podróż do Japonii, by pokrzyżować plany Piłsudskiego. Perypetie obu polityków, już wówczas szczerze wierzących, że są predysponowani do przewodzenia całemu narodowi, śledził korespondent „Słowa Polskiego” James Douglas. Polski Szkot, przyjaźniący się od dawna z endekami, a jednocześnie potajemnie współpracujący z PPS. To on pierwszy dowiedział się, że Dmowski dotarł przed Piłsudskim do Tokio i nawiązał kontakt z japońskim rządem.


Pozostało jeszcze 86% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie