Osiecki, Żółciak: Mazowiecki gambit PiS, czyli kijem i marchewką w ludowców [OPINIA]

Jak na razie PiS mało jednak zrobił, by te kwestie przedyskutować, zostawiając pole przeciwnikom. Inicjatywę mają zwłaszcza ludowcy, dla których Mazowsze jest perłą w koronie. / ShutterStock

PiS stoi w rozkroku w sprawie podziału Mazowsza. Programowo chce te zmiany wdrożyć, cały czas waha się jednak, kiedy z nimi ruszyć.

Gdy w lipcu jako pierwsi ujawniliśmy, że PiS po wyborczym maratonie zamierza wrócić do koncepcji administracyjnego podziału Mazowsza, rozpoczęła się wokół tego tematu polityczna burza. Wtedy Jarosław Kaczyński zaordynował, by wstrzymać się z pracami nad ustawą. Od tamtego czasu sprawa znalazła się na jałowym biegu i tylko nieliczni politycy Zjednoczonej Prawicy uparcie przekonywali, że zmiany na mapie administracyjnej Polski są wciąż możliwe.

Media w ostatnim czasie podjęły temat, sugerując, że sprawa wraca na agendę. Wirtualna Polska podała, że do lokalnych polityków PiS już poszedł sygnał o rychłym rozpoczęciu operacji podziałowej. Z kolei Wyborcza.pl namaściła Marka Suskiego z PiS na marszałka stołecznego „obwarzanka” i twierdzi, że on sam rezydowałby w Siedlcach, zaś wojewoda w Radomiu. Skoro więc tego typu doniesienia z różnych stron zaczęły się pojawiać, to – cytując klasyka – „wiedz, że coś się dzieje”.

Z naszych rozmów wynika, że na razie wciąż nie ma twardej decyzji, czy z podziałem Mazowsza należy ruszyć teraz, czy odłożyć te plany na później. Na przestrzeni ostatnich kilku dni od polityków obozu władzy słyszeliśmy różne, czasem wykluczające się wersje. Zdaniem naszego rozmówcy z rządu projekt ustawy podziałowej nie wejdzie na przyszłotygodniowe posiedzenie Sejmu. Jego kolega z rządu potwierdza, że „jeszcze poczekamy”. Z kolei od koalicjantów PiS słyszymy, że posłowie mogą jednak podjąć lada moment prace nad ustawą, dlatego ważne jest, by jak najszybciej – a najlepiej do końca bieżącego tygodnia – dogadać się w kwestiach programowych. Za to wśród urzędników mazowieckiego urzędu marszałkowskiego od kilku dni krąży plotka, że w Radomiu Marek Suski miał już zapowiadać rychłe decyzje w sprawie podziału regionu. Sprowadzając to wszystko do ogólnego wniosku, można przyjąć, że na dziś politycznej decyzji nie ma, co jednak nie znaczy, że nie pojawi się wcale. Co więcej, może się pojawić na dniach, a wszystko uzależnione jest od tego, czy zielone światło, nawet w ostatniej chwili, da Nowogrodzka.

Od początku w sprawie Mazowsza problemem jest to, że choć PiS zapowiada podział województwa, to konkretnej propozycji nie ujawnia. Słyszymy o trzech argumentach. Pierwszy dotyczy wyodrębnienia administracyjnego nowego województwa na potrzeby wieloletnich ram finansowych UE na lata 2021 – 2027. Drugi to kwestia olbrzymich różnic dochodowych między Warszawą a znaczącą częścią województwa. Trzeci – że podobne rozwiązania dotyczące regionu stołecznego funkcjonują gdzie indziej, np. w Niemczech czy Wielkiej Brytanii. Inne „za” podsuwają wspólnoty lokalne czy Mazowiecka Wspólnota Samorządowa, o czym też pisaliśmy w DGP. Dotyczą one większych szans rozwojowych dla reszty województwa po odłączeniu Warszawy, a więc zwiększenia wpływu na politykę rozwojową.

Jak na razie PiS mało jednak zrobił, by te kwestie przedyskutować, zostawiając pole przeciwnikom. Inicjatywę mają zwłaszcza ludowcy, dla których Mazowsze jest perłą w koronie.

Poza pytaniami dotyczącymi szans rozwojowych pojawiają się także te dotyczące sensu geograficznego podziału. Czy np. nowe dwa województwa okażą się spójne komunikacyjnie? Jak zwraca uwagę dr hab. Jarosław Flis, przez przyłączenie do Warszawy powiatu mińskiego, na co się zanosi, wschodnia część województwa nie będzie miała bezpośredniego połączenia z południową. Do tego sytuację zachodniego i środkowego Mazowsza w znaczący sposób zmieni planowana budowa CPK. Nowa inwestycja ma pozostać w województwie stołecznym, a sporo gmin, które będą jej beneficjentami, znajdzie się w nowym województwie mazowieckim. Pytanie, czy będzie to sprzyjało wykorzystaniu szans, jakie daje CPK. Czy nie przeszkodzi temu polityka? A wiele wskazuje, że sejmiki w obu nowych województwach będą na przeciwstawnych biegunach politycznych.

Ewentualny podział Mazowsza w dużej mierze będzie podszyty politycznym rewanżyzmem. Sprawa ta stanowi środek nacisku na ludowców, którzy nie palą się do wejścia w koalicję z PiS – czy to w Sejmie, czy na szczeblu sejmikowym. Partia rządząca stosuje tu zresztą metodę kija i marchewki. Z naszych informacji wynika, że o ile kijem jest właśnie Mazowsze, o tyle marchewka mogłaby się wydać naprawdę łakomym kąskiem. Nieoficjalnie wiadomo, że na stole była oferta wejścia w koalicję z PSL w 15 województwach, stanowisko ministra rolnictwa, obsadzenie ludowcami dwóch agencji zajmujących się rolnictwem oraz zawieszenie administracyjnego podziału Mazowsza. Ludowcy najwyraźniej przekonać się nie dali, dlatego PiS jest skłonny wdrożyć plan spod znaku „szok i przerażenie”, czyli dokonać podziału, pomimo oporu.

Operacja z politycznego punktu widzenia ma, zdaje się, jasny cel – wyciąć w pień ludowców, a zwłaszcza rządzącego na Mazowszu od lat marszałka Adama Struzika. W obwarzankowym województwie władzę najprawdopodobniej przejmie PiS. Pytanie tylko, czy takim działaniem nie wykreuje emocji, które pozwolą nadać drugie życie ruchowi Hołowni oraz ułatwią start nowego ruchu Rafała Trzaskowskiego.