– Oczywiście jestem wielkim sympatykiem Thatcher, ale nie wiem, czy to od razu czyni mnie thatcherystą – mówił David Cameron w listopadzie 2005 r., gdy ubiegał się o przywództwo Partii Konserwatywnej. Dystansowanie się od największej ikony ugrupowania budziło sporą konsternację wśród prawicowych publicystów, niemniej członkowie partii dali się przekonać twierdzeniom Camerona, że potrzebuje ona nowego wizerunku, by mogła wrócić do władzy. Po ponad 10 latach i dwóch wyborczych zwycięstwach nikt nie ma wątpliwości, że dokonana przez niego modernizacja okazała się skuteczna.

Wybór Camerona został sceptycznie przyjęty nie tylko przez prawe skrzydło. Rządząca wówczas Partia Pracy przekonywała, że wybierając młodego, dynamicznego i przystojnego lidera, konserwatyści próbują powtórzyć sukces Tony’ego Blaira, podczas gdy naprawdę Cameron bardziej dba o swój wizerunek, a poglądy dostosowuje do nastrojów społecznych. Zaczęto go więc przezywać Davidem Kameleonem.

Cameron faktycznie zaczął zrywać z wizerunkiem konserwatystów jako partii elit społecznych (co ciekawe, on sam jest pierwszym od prawie pół wieku liderem partii, który wywodzi się z klasy uprzywilejowanej) i coraz bardziej ją przesuwał w kierunku centrum. – Zamierzam być radykalnym reformatorem społecznym, tak jak Thatcher była reformatorką gospodarczą – mówił w sierpniu 2008 r., przekonując, że dziś konserwatyzm też musi ewoluować. W odróżnieniu od byłej premier, która swego czasu stwierdziła, że „nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo, są tylko jednostki”, Cameron zaproponował wizję „wielkiego społeczeństwa”. Według niej ludzie powinni w większym stopniu angażować się w działalność na szczeblu lokalnym i przejmować część obowiązków od państwa. Ta koncepcja była w centrum programu konserwatystów przed wyborami w 2010 r. – pierwszymi, w których startowali oni pod przywództwem Camerona – ale to nie ona przesądziła o zwycięstwie. Od 2008 r. trwał światowy kryzys, laburzystowski premier Gordon Brown akcją ratowania banków poważnie zadłużył państwo i generalnie ludzie byli już zmęczeni 13 latami rządów Partii Pracy.

11 maja 2010 r. 43-letni wówczas Cameron został premierem Wielkiej Brytanii – najmłodszym od prawie 200 lat – choć konserwatyści musieli wejść w koalicję z Liberalnymi Demokratami. Wraz z ministrem finansów George’em Osborne’em rzeczywiście zaczął ograniczać rolę państwa, choć nie do końca zgodnie z ideą „wielkiego społeczeństwa”. Pozostawione przez laburzystów zadłużenie wymagało bardzo ostrych cięć w wydatkach publicznych, zatem ograniczano zatrudnienie w sferze budżetowej, obcinano pensje, podnoszono niektóre podatki. Plan, by całkowicie zlikwidować prawie 10-proc. deficyt w ciągu jednej kadencji, się nie powiódł, ale i tak przed jej końcem brytyjska gospodarka zaczęła wyraźnie wychodzić na prostą – bezrobocie spadło do poziomu sprzed kryzysu, wzrost gospodarczy był zaś sporo wyższy niż w strefie euro.

O ile ograniczanie roli państwa w gospodarce jest zgodne z konserwatywną ideologią, o tyle w kilku innych sprawach Cameron wyszedł poza stereotypy. W ramach zrywania z wizerunkiem partii dobrze sytuowanych, białych Anglików zaczął powierzać więcej stanowisk kobietom i przedstawicielom mniejszości etnicznych. To w rządzie konserwatystów znalazła się pierwsza w historii muzułmanka. Sporą kontrowersję wzbudziła ustawa z 2013 r. legalizująca małżeństwa tej samej płci. Większość deputowanych Partii Konserwatywnej zagłosowała przeciwko niej i ustawa została przyjęta tylko dzięki wsparciu opozycji. – Ja nie popieram małżeństw gejowskich, mimo że jestem konserwatystą. Popieram je dlatego, że jestem konserwatystą – mówił wówczas Cameron, wyjaśniając, że konserwatyzm oznacza prawo do wolności i równe szanse.

Nie był to zresztą jedyny przypadek, że część konserwatywnych posłów zagłosowała przeciw premierowi – w tym samym 2013 r. rząd przegrał w parlamencie głosowanie w sprawie zgody na udział lotnictwa w operacji w Syrii. Coraz częściej też eurosceptyczni konserwatyści wymuszali na Cameronie usztywnianie stanowiska w sprawach unijnych, co ostatecznie skłoniło go do obiecania, że jeśli po wyborach w 2015 r. nadal będzie rządzić, rozpisze referendum na temat dalszego członkostwa Wielkiej Brytanii w Unii Europejskiej. Jedno wygrane referendum Cameron już ma za sobą – wcześniej zgodził się, by Szkoci mogli zdecydować o tym, czy chcą niepodległości, co groziło tym, że przejdzie do historii jako premier, który dopuścił do rozpadu Wielkiej Brytanii. Ostatecznie tak się jednak nie stało, bo większość Szkotów zadowoliła się obietnicą dalszego poszerzenia autonomii.

Wiosną zeszłego roku Cameron po raz drugi poprowadził Partię Konserwatywną do zwycięstwa – tym razem było ono lepsze niż poprzednio, bo wbrew sondażom zdobyła ona bezwzględną większość w parlamencie. To oznacza, że będzie on mógł rządzić do 2020 r., choć jak zapowiada, zamierza ustąpić wcześniej, by dać szansę przygotowania się do kolejnych wyborów swojemu następcy. 

Pobierz raport Forsal.pl: Brexit vs Twoja firma. Stracisz czy zyskasz >>>