statystyki

Ludzie nie chcą kolejnego prezydenta, który pracuje dla Wall Street. Dlatego głosują na Trumpa

autor: Eliza Sarnacka-Mahoney05.03.2016, 16:00; Aktualizacja: 05.03.2016, 17:28
Donald Trump na Florydzie

Donald Trump na Florydzieźródło: PAP/EPA

Amerykanie, tak jak i Polacy, poszukują kandydata na prezydenta, który jest konserwatywny i który roztacza wokół siebie aurę paternalizmu i do pewnego stopnia nawet totalitaryzmu, bo to wiąże się z poczuciem porządku i przewidywalności. O tym jak odczytywać wyniki prawyborów w USA mówi dla "DGP" James Petras, profesor socjologii na State University of New York w Binghamton.

Reklama


Reklama


Eliza Sarnacka-Mahoney: Za nami superwtorek, czyli seria prezydenckich prawyborów w 11 stanach USA. Na pozycji lidera Partii Republikańskiej umocnił się Donald Trump, z kolei wśród demokratów – Hillary Clinton, choć Bernie Sanders jeszcze nie stracił szans. Taki wynik superwtorku skłonił część ekspertów do stwierdzenia, że Ameryka przeżywa właśnie łagodniejszą wersję Rewolucji Francuskiej. Oto społeczne doły dźwigają się z kolan i rzucają się do gardła establishmentowi.

Prof. James Petras: Nie posunąłbym się do tego, by używać słowa „rewolucja”, raczej mamy do czynienia z zaczynem rebelii. O rewolucji moglibyśmy mówić, gdyby na ulicach naszych miast dochodziło do demonstracji. Na dodatek kilka ważnych społecznych ruchów, które mogłyby takiej rewolucji przewodzić, uwiędło i na dobre przeszło do historii, jak choćby Occupy Wall Street. Jednak ruchy te zdołały odcisnąć na społecznej materii piętno i po ich zniknięciu wytworzyła się pustka, a jednocześnie wśród klasy średniej utrzymuje się poczucie rozczarowania, niezadowolenia i strachu. Dlatego elektorat buntuje się i zwraca się ku outsiderom, takim jak Trump czy Sanders.

Ale gospodarka Ameryki wygląda z miesiąca na miesiąc coraz lepiej. Co napędza uczucia rozczarowania i strachu, o których pan mówi?

Przede wszystkim globalizacja, która wywróciła nasz rynek pracy do góry nogami. Jedyny sektor gospodarki, który na niej skorzystał, to branża komputerowa. Czyli Dolina Krzemowa i tamtejsze korporacje. Ale małym i średnim przedsiębiorstwom coraz trudniej konkurować z tanimi azjatyckimi produktami. Do tego pracownicy masowo tracą etaty, bo na ich miejsce można zatrudnić imigrantów z Meksyku. Z badań wynika, że już 40 proc. pracowników w branży budowlanej oraz przemyśle spożywczym to imigranci, w tym nielegalni. Czy pani to sobie wyobraża? Kilkanaście lat temu stawka za godzinę pracy przy taśmie w masarni wynosiła 20 dol., dzisiaj – 9 dol. Za takie pieniądze nie da się przeżyć. Jednocześnie nikt dzisiaj pracownika nie broni. Tylko 7 proc. robotników jest reprezentowanych przez związki. Pracę jest trudniej zdobyć, za to stracić ją z dnia na dzień bez jakiejkolwiek odprawy łatwiej niż kiedykolwiek.

Czy to poczucie niestabilności dotyka jedynie robotników?

Skądże. Pracownicy sektora publicznego od lat są poddawani reformom polegającym głównie na optymalizacji i cięciach finansowych. Spokojnie nie mogą spać też osoby dobrze wykształcone, bo ich posady padają ofiarą outsourcingu czy importu talentów. Jesteśmy np. zalewani zagranicznymi fachowcami z branży IT, którzy godzą się pracować za ułamek pensji Amerykanina. I wreszcie mamy młodych wchodzących w dorosłe życie z tak wielkimi długami zaciągniętymi na edukację, że już na starcie mają związane ręce, jeśli chodzi o inwestowanie w swoje dalsze życie. To wszystko przekłada się na coraz mniejszą mobilność społeczną, która była jednym z najważniejszych i najpiękniejszych wyznaczników amerykańskiej ekonomii. Dzięki niej możliwy był amerykański sen. Bo człowiek pracowity, pomysłowy i przedsiębiorczy wiedział, że ma szanse na awans finansowy i społeczny. Przeciętny Amerykanin ma więc dziś poczucie, że obecny polityczny system kradnie mu szanse na lepsze życie.

Osiem lat temu Barack Obama zdobył Biały Dom, bo udało mu się przekonać elektorat, że jest „nadzieją na zmianę”. I faktycznie kilka zmian udało mu się wprowadzić w życie. Jednak dziś Amerykanie twierdzą, że nie chcą kolejnego Obamy.

Bo Obama okazał się kolejnym, by nie rzec typowym, politykiem establishmentu. Takim samym jak wszyscy. O podwójnej twarzy i stosującym podwójne standardy. Co innego mówił wyborcom, a co innego robił. Nie da się reprezentować interesu publicznego i jednocześnie pracować dla Wall Street. A Waszyngton pracuje dziś dla świata finansów. Cały Waszyngton. Wyborcy mają po dziurki w nosie takiego traktowania. Możemy powiedzieć, że wraz z końcem rządów Obamy umiera koncept polityki osobowości – przeświadczenia, że silna osobowość polityczna jest w stanie osłabić wpływy i siłę naszego sektora finansowego, militarnego, służb specjalnych czy lobby żydowskiego.

Jeśli nie polityka osobowości, to co?


Pozostało jeszcze 62% treści

Czytaj wszystkie artykuły
Miesiąc 89,90 zł
Zamów abonament

Mam już kod SMS
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Zapoznaj się z regulaminem i kup licencję

Reklama

  • chowder(2016-03-05 18:40) Odpowiedz 02

    Wniosek..,polacy jak kropla podobni do americanow ..a tak naprawdę ..skąd autor wynalazł taki crap..? Wiem ,ze niektóre narody nienawidzą się uczyć ,ale do nędzy ..,to już 2016,a nie 1937

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Prawo na co dzień

Galerie

Reklama