statystyki

W poszukiwaniu współczynnika błędu. Jak tworzy się rzetelny sondaż?

autor: Maciej Miłosz31.10.2015, 08:30
Wybory Adrian Zandberg

Granica między sondażami a prognozami, czyli między podstawowym ważeniem a mocną korektą o współczynnik błędu, często staje się coraz mniej widocznaźródło: PAP
autor zdjęcia: Marcin Obara

Trafna prognoza wyborcza jest jak gotowanie. Warto trzymać się przepisu i odpowiednio dobrać składniki. Ale jakość finalnego produktu i tak zależy od intuicji połączonej z doświadczeniem kucharza oraz szczypty szczęścia.

Tym razem się udało. Większość sondaży rozmaitych agencji badawczych z ostatniego przedwyborczego tygodnia dosyć trafnie oszacowała rezultat wyborów. Takie zestawienia porównawcze można obejrzeć m.in. na stronach Ewybory.eu czy BadaniaWyborcze.pl. PiS oscyluje wokół 37 proc., PO 23–24 proc., potem Kukiz, Zjednoczona Lewica i Nowoczesna oraz balansujące na granicy progu 5-proc. PSL. Ciut poniżej KORWiN, 3–4 proc. dla Partii Razem. Zasadniczo trudno się przyczepić – sondaże się potwierdziły, o czym ostatecznie przekonaliśmy się we wtorek po ogłoszeniu wyników wyborów.

Znacznie gorzej firmom udało się przewidywanie wyników wyborczych pół roku temu, przed pierwszą turą wyborów prezydenckich. Wtedy mocno nie doszacowano poparcia dla Andrzeja Dudy i Pawła Kukiza, a przeszacowano Bronisława Komorowskiego. Co ciekawe, różnice między poszczególnymi pracowniami badawczymi były znaczne – głosy na rockmana u jednych były zaniżone o dwa punkty procentowe, u innych aż o siedem. Oczywiście najprostszym i nieco spiskowym wytłumaczeniem tego faktu mogłoby być to, że po prostu establishment (także ten odpowiedzialny za badania) popierał wówczas urzędującego prezydenta i chcąc nie chcąc, wyniki trochę podrasował. Jednak materia jest znacznie bardziej skomplikowana, a nietrafione szacunki badaczy zdarzają się także w innych krajach demokratycznych. W tym roku można je było zaobserwować np. podczas wyborów parlamentarnych w Wielkiej Brytanii i Izraelu.

(Przy)gotowanie danych

Stworzenie dobrego produktu, czy to kulinarnego, czy sondażowego, trzeba zacząć od doboru odpowiednich składników. Przesadzenie z którymś z nich może się źle skończyć. – Jednym z pierwszych kroków przy realizacji badania, jakim jest sondaż wyborczy, powinien być odpowiedni dobór próby, czyli respondentów, których przepytamy – wyjaśnia doktor socjologii Piotr Jabkowski z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. Zmiennych jest wiele – musimy dobrać odpowiednią liczbę kobiet i mężczyzn (tych pierwszych w naszym kraju jest nieco więcej) czy też wziąć pod uwagę miejsce zamieszkania badanych osób. Kluczowy jest też ich wiek. Nasza próba powinna być taką „Polską w pigułce”, proporcjonalnie odzwierciedlać ogół naszego społeczeństwa. Na podstawie danych z Głównego Urzędu Statystycznego znane są niektóre rozkłady populacji, tzn. to, ile z nas mieszka w miastach, ile na wsiach, ile w danym województwie, jakie mamy wykształcenie itd. W naszym badaniu powinniśmy mieć co najmniej tysiąc sto osób – taka próba, przynajmniej w założeniu, powinna umożliwić oszacowanie poparcia dla poszczególnych partii z błędem nie większym niż trzy punkty procentowe. Jeśli próbę zwiększymy do 2,4 tys. ankietowanych, to ryzyko błędu zmniejsza się do 2 proc. Przy 10 tys. respondentów wynosi zaledwie 1 proc. Ale taka skala nie ma szans przy robieniu sondaży preferencji politycznych – za długo trwają i za dużo kosztują.

– Jak dobrać taką próbę? Firmy dysponują swoimi bazami danych, w Polsce najlepiej jest to zrobić, używając numeru PESEL. Takie bazy zawierają dokładne dane o jednostkach o odpowiednich cechach, można je wylosować i potem próbować się z nimi kontaktować. Realizacja porządnego badania musi więc zająć co najmniej kilka tygodni – tłumaczy dalej Jabkowski. Większe firmy tworzą bazy same, m.in. poprzez ankieterów, którzy nas zaczepiają na ulicach, mniejsze po prostu kupują te tworzone do celów reklamowych (trafiamy do nich, gdy na różnych umowach zakreślamy zgodę na korespondencję związaną z marketingiem) i potem nawiązują kontakt z ludźmi, którzy tam są. Jeśli faktycznie mielibyśmy taką „próbę idealną”, to z dużą dokładnością pokazałaby ona preferencje wyborcze całego społeczeństwa. Ale przepis na sondaż idealny zaczyna rozmijać się z rzeczywistością.

Ogólnopolskie sondaże wyborcze realizuje się dwiema metodami: CATI (Computer Assisted Telephone Interview, wywiad telefoniczny wspomagany komputerowo) bądź CAPI (Computer Assisted Personal Interview, wywiad przeprowadzony przez ankietera bezpośrednio). W tym drugim przypadku na podstawie rozkładów populacyjnych nie losuje się osób, lecz adresy. Ankietujący udaje się więc do wskazanego miejsca i szuka osoby spełniającej odpowiednie kryteria wieku i płci. – Podobnie jest w realizacji telefonicznej. Firmy badawcze dysponują własnymi bazami numerów lub komputer losuje konkretny telefon. Totalne chybił trafił. Dzwoni ankieter i pyta o wiek i płeć. Ale wcale nie oznacza to, że dostajemy próbę reprezentującą opinie całej populacji – tłumaczy Jabkowski, który jest metodologiem, czyli osobą odpowiadającą za dobranie takich metod i technik badawczych, by w jak najwierniejszy sposób oddały one rzeczywistość.


Pozostało jeszcze 72% treści

Czytaj wszystkie artykuły na gazetaprawna.pl oraz w e-wydaniu DGP
Zapłać 97,90 zł Kup abonamentna miesiąc
Mam kod promocyjny
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie