Według Antoniego Macierewicza premier Tusk oraz ministrowie MSZ i MSWiA - a z nimi działał "wspólnie i w porozumieniu" naczelny prokurator wojskowy Krzysztof Parulski - wyrazili zgodę na posługiwanie się przez prokuraturę i polską komisję badającą katastrofę sfałszowanymi zapisami czarnych skrzynek prezydenckiego Tu-154M.

Prokuratura orzekła jednak, że nagrania nie były zmanipulowane - krakowski Instytut Ekspertyz Sądowych oraz firma ATM, który produkował jedną z czarnych skrzynek orzekły, że zapisy pochodziły z urządzeń, które pracowały na pokładzie tupolewa.

Różnice w długości zapisu były spowodowane tym, że analizująca skrzynki komisja przy MSWiA opierała się na kopii z rosyjskiego "rejestratora katastroficznego", wykonanej w Moskwie w obecności polskich prokuratorów i ekspertów. Parametry lotu badano jednak także na podstawie zapisu polskiego urządzenia ATM, które notuje dane z opóźnieniem 1,5 s w stosunku do notowań rejestratora rosyjskiego - donosi "Gazeta Wyborcza". Komisja uwzględniła też 4 s zapisane przez rejestrator rosyjski, który pracował dłużej niż ATM.

Jeżeli chodzi o 3 s rozbieżności pomiędzy zapisem głosu a zapisem parametrów lotu to były one z kolei spowodowane faktem, iż czas zapisywany przez nagrywarki głosu jest opóźniony właśnie o tyle w stosunku do pracy urządzeń zapisujących dane techniczne.

Tym samym ABW i Centralne Laboratorium Kryminalistyczne Policji, które analizowało czarne skrzynki, nie stwierdziło żadnych manipulacji.

Prokuratura stwierdziła także, że  "nie doszło do niedopełnienia obowiązków" przez polskie władze w sprawie sprowadzenia wraku do Polski i zabezpieczenia go pod Smoleńskiem. Śledczy zaznaczyli, iż podejmowano liczne kroki, by sprowadzić szczątki do Polski, a urzędnicy nie mogą ponosić odpowiedzialności za "skuteczność". Dlatego też nie są winni "przestępstwa zdrady dyplomatycznej", a to sugerował Macierewicz.