Chodzi o sumę ponad 40 tysięcy złotych, jakie w 2010 roku Spółdzielcze Kasy Oszczędnościowo-Kredytowe przelały na konto Beaty Gosiewskiej.

Jak pisze "Gazeta Wyborcza", po katastrofie smoleńskiej, w której zginął mąż senator, Fundacja na rzecz Polskich Związków Kredytowych stworzyła fundusz pomocy dla rodzin ofiar, które były laureatami nagrody Feniks przyznawanej przez SKOK-i. Były trzy takie osoby: Lech Kaczyński, Maciej Płażyński i Przemysław Gosiewski.

W ogóle Gosiewski był mocno związany ze SKOK-ami, potem udzieliły mu one między innymi pożyczki na kampanię wyborczą, której raty były wyższe niż jego zarobki. Sprawę miało zbadać CBA, ale o sprawie zapomniano, gdy Gosiewski został wicepremierem.

O wsparcie z Funduszu SKOK zgłosiła się tylko Beata Gosiewska, choć - jak sugeruje "Gazeta Wyborcza" - jej ówczesna sytuacja finansowa nie była trudna. W Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa zarobiła w 2010 r. 113 tys. zł. Do tego dochodziła dieta radnej warszawskiej dzielnicy Wola (24 tys. zł). Po katastrofie smoleńskiej otrzymała wsparcie od rządu w wysokości 40 tys. zł. oraz 100 tys. zł z polisy ubezpieczeniowej Sejmu.

Ponadto dwójce jej dzieci  premier Donald Tusk przyznał renty specjalne po 2 tys. zł miesięcznie. Pomimo to, zarząd FPZK każdemu z dzieci od maja 2010 do sierpnia 2010 roku na jej konto przelano łącznie 40 tys. zł.

Senator PiS nie uwzględniła tej sumy w oświadczeniu majątkowym z tamtego roku, co - jak podkreśla "Gazeta Wyborcza" - było absolutnie zgodne z prawem, bowiem ujawnianie pieniędzy otrzymywanych przez dzieci, nawet jeśli to rodzic dostaje je na konto i nimi zarządza, nie jest obowiązkowe.