Kiedy pod koniec XIX wieku  J. S. Pemberton, farmaceuta z Atlanty, tworzył pierwszy napój na bazie orzeszków koli i liści koki, więcej myślał o leczeniu dolegliwości żołądkowych, niż gaszeniu pragnienia. Prawdopodobnie nie wyobrażał sobie także tego, że po stu latach, jego napój będzie najdroższą marką na świecie. Mało tego, początkowo sprzedaż wynalazku Pembertona wcale nie była rentowna i dopiero pod skrzydłami przedsiębiorcy Asy Candlera stała się sukcesem, przynosząc w 1912 roku niebotyczne zyski w wysokości 50 milionów dolarów. Rynek napojów gazowanych okazał się na tyle chłonny, że jeszcze w XIX stuleciu na półki sklepowe trafił konkurencyjny napój innego farmaceuty - Caleba Bradhama, który powstał zresztą w podobnych okolicznościach.

Nieprzypadkowa nazwa miała nawiązywać do pepsyny. "Nazwa napoju wskazuje na swoje pochodzenie. Na jednej z najstarszych, zachowanych reklam Pepsi-Coli, pochodzącej z gazety wydanej w 1903 roku, jednym ze sloganów było poprawienie trawienia. Z kolei w piśmie pochodzącym z 1908 roku, możemy znaleźć reklamę Pepsi, w której producenci zapewniają, że ten napój to "całkowicie czysta mieszanka pepsyny - tego, czego twój brzuch potrzebuje w dzisiejszych czasach - wodorofosoranu i soku ze świeżych owoców. Pepsyna ze składu zniknęła do 1923 roku" - przypominają autorzy serwisu Soda Museum. Zniknęła także kokaina, której zawartość w szklance napoju wynosiła około 9 mg.

Od tamtej pory napoje stały się sztandarowymi produktami konkurujących ze sobą imperiów handlowych - The Coca-Cola Company i PepsiCo, działających na setkach rynków.  Ten konflikt, to jednak tylko wierzchołek góry lodowej w wojnie na napoje. W cieniu gigantów, o kawałek rynku walczą mniej znane napoje, próbujące zawojować rynek pomysłami podpatrzonymi u pionierów.

Cola made in Poland

Według pierwszej polskiej reklamy Coca-Coli, której treść stworzyła Agnieszka Osiecka, po Coca-Colę sięgano przynajmniej 150 milionów razy dziennie. Kiedy rok temu minęła 40. rocznica obecności tego napoju na naszym rynku, koncern samodzielnie wytwarzał 0,2 polskiego PKB. Zanim jednak w 1982 roku powstało, wykorzystywane potem na całym świecie, hasło „Coca-Cola! To jest to!”, amerykański napój Polacy mogli poznać, jako „stonkę ziemniaczaną w płynie”.

To nie zepsuło jednak smaku obywatelom Polski Ludowej i krajowa produkcja 176 tysięcy litrów rocznie nie nadążała za sprzedażą. Popyt miał zaspokoić rodzimy substytut, który stał się potem jednym z przaśnych symboli PRL: Polo-Cockta. Napój miał nawet swój oddźwięk w ówczesnej popkulturze – wokół niego kręciła się fabuła filmu „Kingsajz” Juliusza Machulskiego.

Ten sentyment wykorzystała po kilkunastu latach firma Zbyszko, sprzedając własną Polo-Cocktę, którą po kilku latach przemianowano na reklamowaną hasłem „Nowa Radość dla Polaków” Polo-Colę, którą zapakowano w butelki z czerwoną etykietą, przypominającą Coca-Colą.

Charakterystyczny dla amerykańskiego napoju czerwony kolor towarzyszył długo także innemu, rdzennie polskiemu produktowi – Hoop-Coli. Ta jednak obecnie stawia na budowanie własnej marki i odcięcie się od wizerunku taniego zamiennika – m. in. poprzez przykuwający uwagę kształt butelek „nabitych” plastikowymi ćwiekami i krzykliwą, humorystyczną kampanię reklamową z udziałem tytułowego bohatera komiksu „WilQ”.

Producent, Kofola S.A. (wcześniej: Hoop S.A.), zdecydował się także na rozlewanie swojej coli do wąskich puszek, kojarzonych raczej z napojami energetyzującymi. Rok temu prezes spółki zapowiedział, że celem firmy jest przebicie Pepsi, tak aby Hoop Cola na naszym rynku była napojem numer 2. Chociaż żaden z gigantów nie komentuje tych założeń, to aspiracje firmy z Kutna wcale nie są oderwane od rzeczywistości. W 2012 udział polskiego napoju w rynku wynosił 7,5%. Przez poprzedni rok firma zanotowała 14-procentowy wzrost sprzedaży, skutecznie zmniejszając przepaść między drugim a trzecim miejscem na podium.

Cola na świętej wojnie i na wolnej licencji

Nie tylko Polacy stworzyli swoją narodową colę. Za Odrą, nasi sąsiedzi już w 1931 roku pili Afri-Colę, która pomimo dużej popularności w kraju, nigdy nie stała się eksportowym hitem.  Podobnie jest z hinduską Go-cola, ale to nie powinno dziwić, ponieważ napój poza wyciągiem z orzeszków coli zawiera także lokalne zioła, oraz… destylowany, krowi mocz, który zgodnie z lokalną tradycją „ożywia umysł i ciało”.

Ciekawym napojem jest Mecca-Cola produkowana we Francji. Nazwa celowo nawiązuje do świętego miejsca Muzułmanów i stanowi alternatywę dla amerykańskich napojów (kolor opakowań i krój pisma na etykiecie są bliźniaczo podobne do Coca-Coli). Mecca-Cola zdobywa uznanie u wyznawców islamu nie tylko zwracającą uwagę nazwą, ale także angażując się w politykę. Około 10% zysków jest przeznaczanych na pomoc mieszkańcom Palestyny. Podobna kwota zasila konta organizacji "promujących pokój w państwach europejskich", a sam producent, Tawfik Mathlouthi, w rozmowie z BBC jasno określa cele swojej firmy, jako „przeciwstawienie się amerykańskiemu imperializmowi i syjonizmowi, poprzez stworzenie substytutu dla amerykańskich produktów oraz podtrzymanie bojkotu amerykańskich dóbr”. Mimo starań Mathlouthi, napojem najchętniej pitym podczas pielgrzymek do Mekki jest irańska Zam Zam Cola, początkowo produkowana przez koncern Pepsi, zyskująca popularność na Wschodzie od czasu saudyjskiego bojkotu Coca-Coli w 2002 roku.

Konkurencyjne cole przeznaczone dla Europejczyków i Amerykanów nie tworzą wokół siebie politycznej tożsamości, ale mimo to w wielu przypadkach udaje im się stać symbolem określonych tożsamości – najczęściej związanych ze światem „komputerowców”. Dlatego po dostępną również u nas Ubuntu Colę najchętniej sięgają miłośnicy systemów operacyjnych z rodziny Linux. Ubuntu to nazwa jednej z popularnych dystrybucji Linuxa, ale napój nie ma z nią nic wspólnego. To słowo w afrykańskich językach banthu oznacza po prostu wspólnotę.

Bezpośrednio z informatycznych inspiracji wyrosła za to OpenCola, produkowana przez kanadyjskiego producenta oprogramowania. Miał to być pierwszy napój spożywczy rozpowszechniany na wolnej licencji GPL, znanej z darmowych aplikacji komputerowych. W praktyce oznaczało to, że każdy mógł zapoznać się ze składem napoju i dowolnie go wykorzystać i modyfikować na własny użytek. Przełomowej, otwartej coli nie udało się jednak zawojować rynku. Łącznie sprzedano około 150 tysięcy butelek, po czym produkt zniknął ze sklepów. Okazało się, że konsumenci wolą jednak sięgać po dwie sprawdzone cole, które od stulecia obsesyjnie ukrywają swoje przepisy.