Przyjąłem tę propozycję jak odpowiedź na modlitwę dziewicy – powiedział prezydent USA Franklin Delano Roosevelt. W taki sposób zareagował na plan obezwładnienia Sądu Najwyższego, który na początku 1937 r. podsunął mu jego prokurator generalny Homer Cummings.

Szef państwa – kaleki, pozornie trzpiotowaty – był w istocie bezwzględnym graczem, który odniósł właśnie gigantyczny sukces. W wyborach prezydenckich 5 listopada 1936 r. otrzymał 60,8 proc. głosów. Jego republikański rywal Alfred Landon – zaledwie 36,6 proc.

Znakomity wynik Roosevelta był zasługą programu społeczno-ekonomicznego zwanego New Deal (Nowy Ład).

Ostatni bastion

W 1932 r. do pierwszego z czterech wyborczych zwycięstw wystarczyło Rooseveltowi (rządził w latach 1933–1945) przekonanie Amerykanów, że to republikanie odpowiadają za wielki kryzys. Gdy rozpoczął urzędowanie w Białym Domu, zaproponował kurację. Wsparł farmerów organizując akcję nieobsiewania części pól, co zaowocowało wzrostem cen artykułów rolnych. Regulacją płac oraz godzin pracy i wielkim programem robót publicznych starał się zwiększyć siłę nabywczą mieszkańców miast. Poddał rygorom wielki biznes traktujący Amerykę jako swoją własność Kontrolował Kongres poprzez demokratyczną większość, republikanie słabli, część z nich poparła zresztą pierwsze reformy Roosevelta. Jego program nie zmniejszył radykalnie bezrobocia, ale ożywił gospodarkę i dał ludziom nadzieję. Wyborcy odwdzięczyli mu się przy urnach w 1936 r.

Ostatnim bastionem kręgów konserwatywnych był Sąd Najwyższy. Trzeba tu podkreślić fenomen siły sądownictwa federalnego. Początkowo SN orzekał w niewielu kwestiach, co wynikało z silnej pozycji stanów i stanowych sądów. Ale już na początku XIX w. Sąd Najwyższy przyznał sobie prawo interpretowania konstytucji, co dawało mu możliwość uchylania federalnych i stanowych ustaw. Jednocześnie sędziowie SN – mianowani przez prezydenta za zgodą Senatu – cieszą się po wyborze pełnią niezależności. Na przykład Oliver Wendell Holmes, wprowadzony do Sądu Najwyższego w 1903 r. przez republikanina Theodore’a Roosevelta, „zdradził” i nie głosował tak, jak oczekiwała tego od niego partia. Sędziów SN nie ogranicza nawet emerytura – pracują, dopóki mają siły. „Sędziowie Sądu Najwyższego USA nigdy nie rezygnują, rzadko umierają” – to popularne w USA powiedzenie.

Już reformator Theodore Roosevelt, prezydent w latach 1901-1909, zarzucał sądownictwu,konserwowanie XIX-wiecznych stosunków społeczno-gospodarczych. - Konstytucja to nie ręka umarłego – protestował, gdy jej enigmatyczne zapisy były interpretowane na podstawie dawnych precedensów. Z kolei Woodrow Wilson narzekał, że najwyższy trybunał traktuje konstytucję jak zbyt ciasną marynarkę nałożoną na państwo. Musiało więc dojść do kolizji między SN a Rooseveltem i forsowaną przez niego polityką New Deal. Przy różnych wahaniach członkowie Sądu trzymali się maksym XIX-wiecznego prawnika Thomasa Cooleya, który w SN widział zaporę przeciw nadmiernemu aktywizmowi dwóch pozostałych władz – ustawodawczej i wykonawczej. Przekładało się to na trzy konstytucyjne poglądy. Po pierwsze – władze federacji nie powinny zawłaszczać uprawnień przyznanych stanom. Po drugie – federacja to przede wszystkim Kongres, który nie powinien delegować stanowienia prawa na prezydenta i jego urzędników. Po trzecie – każda regulacja stosunków ekonomicznych i społecznych może stanowić naruszenie prawa własności gwarantowanego przez VII oraz XIV poprawkę do konstytucji. New Deal Roosevelta podważał wszystkie te zasady.

Na dokładkę nie miał on w SN własnych ludzi. W czasie pierwszej kadencji nie mianował żadnego sędziego, siedmiu z dziewięciu było nominantami prezydentów republikańskich. Czwórka sędziów trzymała się najbardziej rygorystycznej interpretacji konstytucji wrogiej nowinkom. Trzej inni skłonni byli przyzwalać rządowi na więcej. Dwaj – prezes SN Charles Evans Hughes, szanowany kandydat republikanów na prezydenta z 1916 r., oraz Owen Roberts – chwiali się.

Pierwsze orzeczenia Sądu w sprawie ustaw Roosevelta były niekonsekwentne. Ale kiedy w maju 1935 r. sędziowie unieważnili ustawę o odbudowie przemysłu (National Industrial Recovery Act) będącą poprzez misterną sieć regulacji płac i godzin pracy kośćcem polityki New Deal, wojna została wypowiedziana. Na dokładkę wyrok SN zapadł jednomyślnie, co pokazywało, że w tym przypadku racje prawne były ważniejsze od przekonań politycznych. Zdaniem nawet progresywnych sędziów Roosevelt „rozpychał” konstytucję. Na początku 1936 r. pod ciosami SN padła ustawa o uregulowaniu rolnictwa (Agricultural Adjustment Act), chwalona przez farmerów, bo uczyniła ich produkcję opłacalną. W tym przypadku nakazano rządowi zwrócenie dochodów z podatku nałożonego na przetwórców rolnych, z którego finansowano dopłaty dla farmerów. Groźba zawisła i nad federalnym budżetem. W maju 1936 r. sędziowie unieważnili ustawę stanu Nowy Jork o płacach minimalnych dla kobiet. Sprawa dotyczyła właściciela pralni, który płacił pracownicom poniżej minimum ustanowionego przez stanową ustawę, za co został ukarany. Najwyższy trybunał przyznał mu jednak rację. Sporne przepisy miały pozbawiać przedsiębiorcę jego własności „bez należytego wymiaru sprawiedliwości”. Orzeczenie wywołało konfuzję, bo federalne sądy wielokrotnie akceptowały podobne regulacje. – Coś powinno się zrobić, aby przywrócić stanom prawa, jakie już posiadały – powiedział prasie nie Roosevelt, a jego republikański poprzednik Herbert Hoover.

Wyrok w tej ostatniej sprawie przyjęto głosem chwiejnego Owena Robertsa. Roosevelt triumfował: oto Sąd Najwyższy nie pozwala rządzić nikomu – ani władzom federalnym, ani stanowym. I przypomniał formułkę swojego krewniaka Theodore'a, że takie werdykty czynią z Ameryki kraj niczyj – no man’s land. Ktoś skomentował, że dziś to jest kraj jednego człowieka, Robertsa – Roberts’land.

Wojna z „demokratyczną gorączką”

Jednak demokraci nie mówili w kampanii 1936 r. o sądach, wielu z nich uważało ich władzę za nienaruszalną na równi z republikanami. Dopiero po zwycięstwie Roosevelt siadł do stołu z doradcami. Najpierw skłaniał się ku przeforsowaniu poprawki konstytucyjnej okrajającej uprawnienia SN. Jednak zmiana ustawy zasadniczej wymagała nie tylko większości 2/3 w każdej z izb Kongresu, lecz też ratyfikacji przez stany. Pozyskanie konserwatystów w Izbie Reprezentantów i w Senacie wydawało się trudne, a przekonanie 3/4 legislatur stanowych – wręcz niemożliwe. – Dajcie mi 10 mln dol., a zablokuję ratyfikację każdej poprawki – oceniał prezydent.

Potem doradcy namawiali go, by przeczekał swoich „wrogów”. – James McReynolds będzie zasiadał w tym trybunale nawet w wieku 105 lat – mówił o swoim największym wrogu w Sądzie. Ten sędzia skończył w roku prezydenckich wyborów 75 lat i powtarzał, że przeczeka „kalekiego sukinsyna w Białym Domu”.

Ostatecznie prezydent przyjął pomysł prokuratora Cummingsa. Przygotowano ustawę upoważniającą go do mianowania tylu nowych sędziów, ilu w obecnym składzie ukończyło 70 lat – w uzasadnieniu napisano że dotychczasowi są zbyt starzy i sobie nie radzą. W warunkach roku 1937 Roosevelt mógłby powołać 6 nowych członków najwyższego trybunału i 2 osoby w pozostałych 22 sądach federalnych. Mówiono o takim zabiegu „opakowanie sądu” – packing the Court..

Liderzy Partii Demokratycznej przyjęli projekt ze zgrozą. Szef Komisji Sądownictwa w Izbie Reprezentantów Teksańczyk Hatton Sumners odmówił jego wniesienia pod obrady. Zrobił to w Senacie jego odpowiednik Henry Ashurst z Arizony. Rozpoczęła się bitwa. Jeszcze 15 lutego „Time” przekonywał, że możliwości Roosevelta po wyborczym sukcesie są nieograniczone, więc projekt zostanie uchwalony bez większych trudności. Ale tydzień później pismo zmieniło zdanie, przepowiadając „walkę o wynikach najmniej pewnych ze wszystkich, jakie stoczono do tej pory w okresie Nowego Ładu”.

Republikanie, mający ledwie 17 senatorów w 96-osobowej izbie, zjednoczyli się przeciw projektowi, lecz pozwolili grać pierwsze skrzypce w opozycji demokratom – bo polityka amerykańska nie zna partyjnej dyscypliny. Senator z Wirginii Carter Glass przedstawiał prezydencki plan jako „wyjątkowo nikczemny, całkowicie odarty z moralnej wrażliwości i bez precedensu w dziejach republiki”. Wielu oponentów było przeciwnikami różnych aspektów polityki New Deal. Paradoksalnie po sukcesie wyborczym Roosevelta ich opór zaczął narastać. Ale na przykład lider naprędce stworzonego bloku, 55-letni Burton Wheeler, senator z Montany, uchodził za zwolennika Nowego Ładu i nieraz krzyżował szpady z konserwatystami. Jednak u niego niechęć do „ekonomicznego rojalizmu” sądów mieszała się z przekonaniem, że są one źrenicą wolności. Senator, z wykształcenia prawnik, przypominał czasy I wojny światowej, gdy on sam jako prokurator stanowy odmawiał przyłączenia się do represji przeciw pacyfistom, a podobnie czyniło wielu sędziów. Wheeler opowiadał się za mało realną poprawką konstytucyjną: „Jestem przeciw propozycji prezydenta, gdyż stanowi ona parodię i kompromitację propozycji liberałów. Nie rozwiązuje problemu, o który oni walczyli i walczą nadal. Umieszcza po prostu w Sądzie Najwyższym sześciu politycznych nominatów”.

Wheeler nie był jedynym liberalnym politykiem, który odmówił Rooseveltowi solidarności. „Broń, którą wybiera prezydent, jest obosieczna. Dziś służy sprawie wolności, jutro mogłaby się okazać efektywna w rękach innego prezydenta” – pisał demokratyczny kongresmen David Worth Clark z Idaho. „Zadaję sobie pytanie, a co by było, gdyby to Hoover przedstawił podobny plan” – hamletyzował w listach stary przyjaciel Roosevelta, senator George Norris.

Emocje ogarnęły i prasę. Wielu wydawców i dziennikarzy szukało odwetu na człowieku, który wygrał wybory wbrew ich krytyce. A jednak nie wszystkie głosy da się zaklasyfikować w ten sposób. „To plan zbyt przebiegły, diabelnie zbyt przebiegły” – ironizował liberalny „New York Telegram World”. „Pan Roosevelt dostał mandat do funkcji prezydenta, a nie fuehrera” – zauważył w „Emporia Gazette” progresywny republikanin William Allen White. „Jeśli plan powiedzie się, Sąd stanie się plastyczny jak guma do żucia, będzie zmieniał swój kształt z dnia na dzień i z godziny na godzinę” – głosił komentator Henry Mencken, który na pewno nie był „ekonomicznym rojalistą”.

Ten chór brzmiał przesadnie, bo przecież prezydenci wprowadzali do sądów swoich ludzi, a Roosevelt chciał tylko ten proces przyspieszyć. Ale właśnie to przyspieszenie musiało się źle kojarzyć, zwłaszcza na tle przemian ustrojowych w wielu państwach Europy, gdzie demokracja przegrywała. „To początek rządów osobistych. Rozejrzyjcie się po świecie, jest tam dosyć przykładów, i podejmijcie decyzję” – apelowała na łamach „New York Herald Tribune” komentatorka Dorothy Thompson. A jeden z wyborców napisał w liście do senatora Williama Boraha: „Pan Roosevelt i Kongres (z kilkoma wyjątkami) wydają się trawieni demokratyczną gorączką, która daje im siłę i nie ma sposobu, który zawróciłby ich szaleńczy pęd ku przepaści, w jaką Stalin i Mussolini i Hitler wtrącili swoje kraje”.

Przekonanie, że droga do dyktatury biegnie poprzez egalitarną, społeczną demokrację, to myśl typowa dla ówczesnej Ameryki. Wielu protestującym wystarczyła konkluzja, że Roosevelt nie szanuje sądów, jeszcze inni mieli pretensje o lekceważenie podeszłego wieku, skoro uznano go w pokrętnym uzasadnieniu za obciążenie Sądu. Ten wątek pojawiał się w listach napływających na Kapitol.

Kontrakcja i wolta

Roosevelt reagował zrazu pewnością siebie. „Ludzie są ze mną – tłumaczył. – Wszystko, co możemy zrobić, to przeczekać falę listów do Kongresu. Przygotuję lepsze przemówienie i opozycja będzie się biła o drogę do Białego Domu”. Poświęcił swojej propozycji kilka konferencji prasowych, ale miał trudność z klarownym stanowiskiem, skoro użył pretekstów. Raz wyłożył karty na stół: w radiowej pogadance z 9 marca. „Gdy Kongres próbuje ustabilizować krajowe rolnictwo, polepszyć warunki pracy, obronić biznes przed nieuczciwą konkurencją, ochronić nasze krajowe zasoby, i na wiele innych sposobów obsłużyć nasze krajowe potrzeby, większość Sądu przypisuje sobie prawo ignorowania mądrości tych praw i zgadzania się lub nie zgadzania z publiczną polityką zapisaną w tych prawach”. Dodał, że jego celem jest „ochronić konstytucję przed Sądem i Sąd przed nim samym”.

Równocześnie groził demokratycznym liderom wstrzymaniem nominacji w ich stanach. Gotów był łamać opór, nie rozumiejąc, że dla wielu senatorów to kwestia przekonań. Harry Hopkins, współpracownik Roosevelta, tłumaczył w radiowym wystąpieniu: „To zwykłe stwierdzenie faktu, że jeśli skład Sądu się nie zmieni, dwóch, trzech starszych sędziów żyjących w swoim własnym świecie i myślących kategoriami minionych dni będzie mogło nadal blokować nieomal wszystkie wysiłki wybranego przez lud prezydenta i wybranego przez lud Kongresu, aby naprawić te bolączki... Ci, którzy sprzeciwiają się temu planowi, nie boją się o demokrację, a boją się demokracji”. Trudno o jaśniejsze wyłożenie racji obozu prezydenckiego.

Ale to opozycja dowodziła swojej skuteczności. Choć demokrata Burton Wheeler w 1930 r. był jednym z senatorów, którzy nieelegancko atakowali przyszłego prezesa SN Charlesa Evansa Hughesa, sugerując, że jako adwokat korporacji nie może być bezinteresowny, teraz zdecydował się z nim nawiązać kontakt. Pośrednikiem został jeden z sędziów Louis Brandeis, progresista, który poczuł się urażony planem prezydenta zarówno jako sędzia, jak i 81-latek wskazywany przez Roosevelta jako zbyt stary. Odwiedził bliskiego sobie Wheelera, połączył go przez telefon z Hughesem – następnego dnia prezes Sądu Najwyższego przyjął senatora z Montany u siebie w domu i wręczył mu list do Senatu.

Wheeler odczytał go senatorom 22 marca. Był to pierwszy przypadek komunikowania się prezesa SN z Kongresem od czasów prezesa Johna Marshalla na początku XIX w. Hughes w precyzyjnym wywodzie zbijał argumenty prezydenta z uzasadnienia projektu. „Dodanie nowych sędziów tylko by skomplikowało i przewlekało procedury” – przekonywał ten ogólnie szanowany autorytet. Opozycyjny blok zyskał argumenty.

Z drugiej zaś strony SN zdawał się przekonywać, że nie jest sądem politycznie jednostronnym. 29 marca 1937 r. wydał orzeczenie w sprawie stanowych płac minimalnych. Tym razem uznał prawo stanu Washington za legalne – pięcioma głosami przeciw czterem. Zdecydowała wolta sędziego Robertsa. „Niewiarygodne, w niedzielę wielkanocną płace minimalne były niekonstytucyjne, w poniedziałek wielkanocny są już konstytucyjne. To największe konstytucyjne salto w historii” – zauważył pewien dziennikarz. Tak powstawała nowa sądowa większość.

12 kwietnia 1937 r. piątka sędziów uznała legalność ustawy Wagnera, która tworzyła ramy prawne dla działania związków zawodowych. 24 maja Sąd uznał legalność ustawy o ubezpieczeniach społecznych. Jeszcze przed tym ostatnim wyrokiem, 18 maja, jeden z najbardziej nieprzejednanych sędziów 74-letni Willis Van Devanter ogłosił zamiar rezygnacji z pracy w Sądzie z powodu stanu zdrowia. – Nie ma co gonić pociągu, gdy się go już złapało – przekonywał prezydenta senator James Francis Byrnes. Roosevelt odmawiał jednak rezygnacji ze swojego planu.

W dniu rezygnacji Van Devantera senacka Komisja Sądownictwa przyjęła sprawozdanie na temat projektu. „Został on przedstawiony Kongresowi w sposób zaciemniający właściwie cele – napisało siedmiu demokratów i trzech republikanów. – Nie rozwiązał problemu wieku w Sądzie ani nie obalił decyzji, w których głosy są mocno podzielone. Nie dotknął kwestii prawa Sądu do unieważniania ustaw, ani nie pozbawił żadnego sędziego prawa do wydawania nakazów. Nie zredukował kosztów postępowania ani nie przyśpieszył procedur. Jest to propozycja bez precedensu i nie poddaje się osądowi”.

Roosevelt widział, że ubywa mu sojuszników. W apogeum konfliktu zmarł lider senackiej większości Joseph Robinson, popularny wśród konserwatystów. Wiceprezydent John Nance Garner miał być człowiekiem, który może się porozumieć z senatorem Wheelerem. Ale porywczy Teksańczyk odegrał inną rolę – likwidatora. To on zaproponował taktowniejszą formę wycofania się – czyli odesłanie projektu do Komisji zamiast odrzucania. Za wnioskiem głosowało 70 senatorów, przeciw – zaledwie 20.

Co z tego wynikło?

Sądu Najwyższego najmocniej bronili konserwatyści, których nie brakowało też w szeregach demokratów. Ale był to spór przede wszystkim o zasady, nie tylko o kierunek polityki. W XIX w., za prezydenta Ulyssesa Granta, powiększono skład SN z ośmiu do dziewięciu sędziów, by móc przeforsować korzystne dla rządu orzeczenia. Ale już prezydent Woodrow Wilson, choć myślał o podobnym rozwiązaniu, to nie odważył się na nie. Wielu polityków powątpiewało, czy sędziowie kierują się czymś więcej niż poglądami politycznymi i interesami swoich środowisk. A jednak – jak senator Wheeler – wybierali przekonanie, że taka źrenica wolności, nawet z cokolwiek umownego nadania, jest potrzebna.

Można dyskutować, czy Roosevelt przegrał rozgrywkę. Swoim uporem pomógł w uformowaniu się konserwatywnej koalicji w Kongresie, która wkrótce zablokowała New Deal. Zwłaszcza że rozgoryczony zlekceważeniem jego świeżego wyborczego mandatu próbował mścić się na senatorach z własnej partii. A zarazem częściowo uzyskał to, co chciał. Od tej pory Sąd Najwyższy zmienił orzecznictwo w sprawach społeczno-ekonomicznych. Konserwatywny dziennikarz Ray Tucker pisał: „Dorobek Sądu pozostaje w stu procentach New Dealowski od czasu, gdy została wniesiona propozycja jego opakowania. Największa gra pozorów została doprowadzona do perfekcji… Opozycja jest wciąż zbyt zaślepiona przez spektakularne, ale sztuczne kwestie, aby zauważyć, że prestidigitator z Białego Domu podmienia żetony”.

Cały spór ujawnił arbitralność w korzystaniu przez SN ze swojej władzy. „Kiwając głową, zamiast nią kręcić, Owen Roberts, pojedyncza osoba, zmienił konstytucję Stanów Zjednoczonych” – ta prasowa konstatacja może posłużyć jako symbol. Jednak Amerykanie najwyraźniej chcieli tej fikcji, uznając inne rozwiązania za gorsze. Warto odnotować, że już w latach 30. XX w. ten sam konserwatywny Sąd Najwyższy Hughesa miał osiągnięcia w próbach obrony praw obywatelskich, choćby Murzynów.

Magazyn DGP 13 lipca

Magazyn DGP 13 lipca

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

W latach późniejszych wielka władza Sądu Najwyższego posłuży w większym stopniu liberałom niż konserwatystom. To po części głosami sędziów zostanie zniesiona segregacja rasowa, ale także wzmocnione zostaną prawa oskarżonych przed sądem czy zalegalizowana aborcja. Nieraz sędziowie będą uwikłani w spory ideologiczne, ale nawet ci, którzy pozwalali sobie na ich fundamentalną krytykę (ostatnio prezydent Donald Trump), nie powtórzą próby Roosevelta. Liczba „dziewięć” pozostanie święta, poszanowanie składu i wyroków sądowych – zachowane. Najwyżej republikanie nie pozwolą mianować Barackowi Obamie swojego człowieka pod koniec kadencji.

To dlatego Amerykanie, choć nieraz pytali sami, czy władza sędziów nie jest w ich kraju zbyt wielka, nie zrozumieją dziś takich polskich pomysłów jak usuwanie sądowego organu, choćby poprzez manipulowanie wiekiem emerytalnym. Tym bardziej że amerykańska demokracja opiera się na przeświadczeniu o wadze osobistej niezależności – już nie tylko sędziowskiej, ale i na przykład członków Kongresu wobec władzy wykonawczej. To dlatego w USA wyjątkowo trudno stworzyć w parlamencie maszynkę do głosowania.

Zarazem można też przypominać, że przy okazji starcia z 1937 r. cofnęły się obie strony. Sędziowie wybrali ustępliwość ponad rozbicie systemu. „Switch in time saved nine – wolta w porę uratowała dziewiątkę” – drwiła sobie amerykańska prasa. Warto też zwrócić uwagę na to, że pytania o granice sądowej władzy i niezawisłości, stawiane co prawda w innych kontekstach, i z innymi receptami, nie są specyfiką europejskich „populistów” takich jak Viktor Orbán czy Jarosław Kaczyński. Roosevelt zapytał o nie z całą ostrością. Ale z opisanym skutkiem. 

Rewolucja na coraz wyższych obrotach

Małgorzata Kryszkiewicz, Dziennik Gazeta Prawna

Posłowie PiS złożyli wczoraj do laski marszałkowskiej projekt „ustawy o zmianie ustawy – Prawo o prokuraturze…”, którego jednak najważniejsze zapisy dotyczą Sądu Najwyższego i Krajowej Rady Sądownictwa. Zgodnie z projektem, aby mogło dojść do zablokowania toczących się właśnie konkursów na sędziego Sądu Najwyższego, od uchwały KRS wskazującej kandydata odwołać musieliby się wszyscy uczestnicy postępowania. A to w praktyce niemożliwe, gdyż trudno oczekiwać, by od uchwały odwołał się także ten, kto został wskazany. Projektowana zmiana to próba pokrzyżowania szyków sędziowskim stowarzyszeniom, które planowały blokadę konkursów do SN właśnie poprzez masowe zaskarżanie uchwał KRS do Naczelnego Sądu Administracyjnego. „Zmiany art. 44 ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa gwarantują wyłączenie możliwości obstrukcji postępowań nominacyjnych (…)” – napisali sami autorzy projektu.

Zmiany dotyczą również procedury wyboru I prezesa SN. Teraz ustawa stanowi, że proces ten może się rozpocząć dopiero po obsadzeniu 110 stanowisk w SN (obecnie orzeka w nim 55 sędziów). Projekt zmniejsza ten próg do 80.

Również wczoraj KRS pochylała się nad oświadczeniami tych sędziów SN, którzy ukończyli już 65. rok życia, a chcieliby pozostać na stanowiskach. Rada pozytywnie zaopiniowała jedynie pięciu spośród 12, którymi się zajmowała. Negatywnie wypowiedziała się na temat m.in. Józefa Iwulskiego, który w zastępstwie prof. Małgorzaty Gersdorf kieruje SN, oraz Stanisława Zabłockiego, prezesa izby karnej. Oficjalnym powodem były braki formalne (sędziowie nie dostarczyli wymaganych przez ustawę zaświadczeń lekarskich). Ostateczna decyzja należy do prezydenta, który nie jest związany opinią KRS.