Tygodnik "Le Point" na stronie internetowej zauważa, że Putin ma szacunek Rosjan "przede wszystkim dlatego, że uosabia stabilność i nowy dobrobyt, a to dzięki naftowej mannie, która (na Rosję) spadała latami".

"U siebie, tak samo jak na scenie światowej, jego wpływy nie przestają się rozrastać" - brzmi tytuł artykułu o niedzielnych wyborach prezydenckich w dzienniku "Le Parisien". "W ciągu kilku lat Putin powstrzymał ekspansję NATO" - zauważa gazeta. I dodaje, że "Rosjanie potrafią być wdzięczni temu, który przywrócił wspaniałość za grosze sprzedaną niegdyś przez (Michaiła) Gorbaczowa i (Borysa) Jelcyna".

Większość francuskich obserwatorów i dziennikarzy za pewnik przyjmuje popularność Putina i nie kwestionuje wyników głosowania. Rzadkim wyjątkiem jest znany we Francji komentator Anthony Bellanger. W wywiadzie telewizyjnym powiedział on o Putinie: "Nic nie wiemy. Ani na ile jest popularny, ani ile dostał głosów, ani ile osób głosowało".

Edouard Moradpour, pisarz, który wiele lat spędził w Rosji, nazwał ten kraj "republiką pretoriańską" i twierdzi, że "poza pięćdziesięcioma członkami swej przybocznej gwardii Putin nie ma i nie może mieć do nikogo zaufania". W programie telewizji BFM powiedział, że przewiduje, iż wbrew spekulacjom Putin nie ustąpi ze stanowiska "ani w połowie kadencji, ani po jej upływie", gdyż wobec wielkiej liczby wrogów "tylko fotel prezydencki gwarantuje mu bezpieczeństwo".

O "pionie władzy" (tzw. wertikali) jako wyznaczniku putinizmu pisze "Le Monde". Przypominając, że terminu użył po raz pierwszy sam Putin, gazeta tłumaczy, że "wszystko przychodzi z góry, szef jest tylko jeden, a porządku pilnują jego wierni".

W "Le Figaro" dziennikarz Jim Jarrasse przedstawia francuskich obserwatorów, którzy czuwać mieli nad prawidłowością przebiegu głosowania. Były to osoby "starannie wybrane, które jak mur stoją za rosyjskim prezydentem". Pośród nich najbardziej znani to były minister i deputowany Thierry Mariani z partii Republikanie i Louis Aliot, wiceprzewodniczący skrajnie prawicowego Frontu Narodowego (FN), a prywatnie towarzysz życia szefowej tej partii Marine Le Pen.

Mariani udał się na Krym na czele 24-osobowej delegacji. "Le Figaro" przypomina, że ten "gorący zwolennik Władimira Putina przebywa na Krymie już po raz trzeci od aneksji półwyspu w 2014 roku". Francja oświadczyła w niedzielę, że rosyjskich wyborów na Krymie "nie uznaje". Z kolei Aliot, "wykorzystując okazję, wzywał do dialogu francusko-rosyjskiego" – pisze gazeta. I przypomina, że "w ramach represji za próbę zabójstwa podwójnego agenta rosyjskiego w Wielkiej Brytanii (Siergieja Skripala), (prezydent Francji) Emmanuel Macron zbojkotował rosyjskie stoiska na paryskich targach książki". Polityk FN wezwał, by "rozmawiać ze wszystkimi" i wyraził żal, że "wolimy iść na ślepo za USA niż dyskutować z Rosjanami" - dodaje Jarrasse w "Le Figaro".

Prezenterzy telewizyjni z lekkim uśmiechem informowali o "francuskich represjach" na paryskich targach książki, na których Rosja jest honorowym gościem. Jednak od czasu, gdy Macron, obwiniając Moskwę, potępił próbę zabójstwa Skripala, francuskie media zauważają, że "zbrodnia w Salisbury doprowadziła w ostatnich dniach do zwiększenia napięcia międzynarodowego".

Nie wszyscy jednak widzą w tym "rękę Moskwy". Wieloletni korespondent moskiewski francuskiej telewizji Ulysse Gosset tłumaczył w BFM TV, że nie wiadomo kto był wykonawcą ani mocodawcą zabójstwa Skripala. Nawiązując do niedzielnego odrzucenia oskarżeń przez Putina, stwierdził, że "Rosja pragnie dialogu z Europą i błędem byłoby odrzucać ten dialog, gdyż Rosja znów stała się wielkim mocarstwem, obecna jest w Syrii, na Ukrainie i w ONZ więc trzeba się z nią liczyć".