CEZ, która nabyła w 2004 roku jedną trzecią udziałów w bułgarskich sieciach energetycznych, postanowiła ponad rok temu wycofać się z rynku w Bułgarii. Kandydatem, który został zaaprobowany przez sprzedawcę, okazała się mała prowincjonalna firma Inerkom o kapitale w wysokości 25 tys. euro, założona kilka miesięcy temu. Według licznych publikacji w mediach jej właścicielka jest osobą blisko związaną z Petkową; firma otrzymała poparcie państwa jako kandydat na nabywcę.

W oświadczeniu w parlamencie Petkowa przyznała, że zna właścicielkę firmy od 20 lat, lecz nie obejmowała jej żadną protekcją. Poinformowała, że podaje się do dymisji, by oczyścić się z niesprawiedliwych zarzutów.

Skandal wokół nabywcy udziałów CEZ nabrał na sile w ostatnich tygodniach. Zaniepokojenie nabyciem aktywów o wielkim znaczeniu strategicznym m.in. dla bezpieczeństwa narodowego przez nieznaną nową firmę, która nie dysponuje środkami na utrzymanie ogromnej sieci przesyłowej, wyraziły nie tylko opozycja i liczni eksperci, lecz także szef parlamentarnej komisji energetyki z ramienia partii GERB premiera Borisowa Delian Dobrew. Deputowany wyraził wątpliwość, czy nabywca będzie w stanie zarządzać tak dużym przedsiębiorstwem.

W piątek w parlamencie liderka opozycyjnej Bułgarskiej Partii Socjalistycznej Kornelia Ninowa nazwała niedopuszczalnym, by firma założona we wrześniu 2017 roku z kapitałem w wysokości 50 tys. lewów (25 tys. euro) nabyła spółkę za 320 mln euro, z obrotami w wysokości 1,5 mld lewów (750 mln euro) rocznie. Według niej transakcja, za którą jej zdaniem stoją osoby zbliżone do rządu, zagraża nie tylko bezpieczeństwu narodowemu, ale i bezpośrednio bytowi 2 mln obywateli.

Przebywający w Brukseli na nieformalnym szczycie UE premier Borisow zapowiedział, że przyjmie dymisję Petkowej.

Ewgenia Manołowa (PAP)