Przez 17 lat był pan w Platformie.

Do ostatniej środy. Złożyłem rezygnację.

Czytałam, że dlatego, że Grzegorz Schetyna utrwala władzę PiS.

Grzegorz Schetyna zamiast budować silną opozycję wobec PiS zajmuje się wykańczaniem przeciwników zewnętrznych i oponentów wewnątrz.

Pana też?

Mnie próbował niszczyć politycznie już ponad półtora roku temu, naciskając na prezydent Hannę Gronkiewicz-Waltz, by ta odwołała mnie z funkcji I wiceprezydenta Warszawy. Nie przypadkiem przewodniczący ma ksywkę „Grzegorz »zniszczę cię« Schetyna”. To jest polityka w stylu cinkciarza spod Peweksu z lat 70. albo takiego faceta, co to gra w trzy kubki. Oszukać, nie dotrzymać słowa, wygrać za wszelką cenę, ośmieszyć i tak dalej.

Kiedy Grzegorz Schetyna oszukał?

Mogę powiedzieć o manipulacjach. Ostatnie wybory w PO były powszechne, tzn. każdy członek partii mógł głosować na danym terenie na lokalnych kandydatów. I te wybory były ustawione. Najpierw ustalono listę tych, którzy mają wygrać, i oni byli na pierwszych miejscach, np. pierwsze 30 osób, a każdy, kto się zgłosił poza tą listą, przegrywał, bo wytyczne były takie, żeby głosować na pierwszą „30”.

Ale tak jest przecież też w wyborach do Sejmu, gdzie miejsce na liście jest ważne.

Ale nikt nie nakazuje głosowania na pierwszego na liście. W przypadku naszych wyborów wewnętrznych chodziło o głosowanie na „60”. Kiedy Jacek Kozłowski, były wojewoda mazowiecki, złożył protest wyborczy, w którym wykazał absurdalność tego głosowania, został wyrzucony z PO. Dla Schetyny wewnątrzpartyjna opozycja to jest wykończona opozycja. Zjednoczona opozycja to również opozycja wykończona, ale dodatkowo zabieg PR-owy, bo hasło o zjednoczeniu ładnie wygląda. Ale cała ta narracja prowadzi tylko do jednej rzeczy – do zniszczenia politycznej konkurencji.

Pan przechodzi do Nowoczesnej?

Nie, nie mam zamiaru wiązać się z żadną partią. Zresztą Nowoczesna jest na dobrej drodze do samolikwidacji. Jestem liberałem z przekonania, a nie dlatego, że byłem w Platformie. Przed PO należałem do KLD, które drogą ewolucyjną przeszło do Platformy. I nigdy nie byłem działaczem partyjnym, tylko samorządowcem, przez te wszystkie lata pracowałem dla Warszawy. Najpierw jako wiceburmistrz, potem jako burmistrz, a następnie jako wiceprezydent. Polityka mnie szczególnie nie interesowała. Jeżeli ktoś prześledzi moją karierę, to się zorientuje, że rezygnowałem z różnych funkcji politycznych na rzecz pracy w Warszawie, łącznie z rezygnacją z mandatu posła.

Wiem, że pan rozmawia ze Stefanem Niesiołowskim i Jackiem Protasiewiczem.

Nie tylko z nimi. I nie o wejściu do żadnej partii ani o tworzeniu nowej. Bo nie jest tak, że dzisiaj można sobie wyjść z partii i zaraz założyć kolejną.

No, ale można spróbować startować na prezydenta Warszawy.

To trudne, szczególnie w kontrze do dwóch organizacji wodzowskich, takich jak PiS i PO, które na dodatek żywią się tylko konfliktem i dzieleniem Polaków. To jest jak kibolska ustawka. Tylko szkoda, że nie robią tego gdzieś w lesie, lecz w Warszawie i całej Polsce.

Magazyn DGP

Magazyn DGP

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Rozumiem, że zaczyna pan kampanię wyborczą.

Niech mi pani niczego nie wmawia. Mówię tylko, że jeśli te dwie agresywne siły polityczne w dalszym ciągu będą chciały anektować Warszawę i ją zawłaszczać dla swoich politycznych pokornych i potulnych działaczy, którzy potem obsiądą rady nadzorcze i różne intratne stanowiska, to rozwój miasta, mówiąc delikatnie, będzie zagrożony.

Panie prezydencie, pan sam był takim działaczem, przez trzy kadencje był pan wiceprezydentem z ramienia PO.

Ani nie byłem działaczem, ani pokornym, ani potulnym. Nie zostałem wiceprezydentem z partyjnego nadania. Pracowałem na rzecz Warszawy, a że partia przy okazji z tego korzystała, to w porządku. Wytykano mi często, że nie przychodzę na różnego rodzaju posiedzenia partyjne, a ja po prostu nie miałem na to czasu. Byłem I wiceprezydentem Warszawy i odpowiadałem za najważniejsze dziedziny życia miasta: inwestycje, transport publiczny, organizację Euro i całą infrastrukturę. Zainwestowaliśmy około 27 mld zł w rozwój miasta. Te efekty widać. Najlepsze jest to, że widzą je również moi przeciwnicy, którzy doprowadzili do mojego odwołania. Nawet Grzegorz Schetyna powiedział w telewizji, że Warszawa zrobiła ogromny skok cywilizacyjny. Niestety, nie dodał, kto za tym skokiem stoi. Bo musiałby wymienić także moje nazwisko, nazwisko człowieka, którego chciał zniszczyć, poświęcić, by na chwilę uciszyć aferę reprywatyzacyjną. W książce o reprywatyzacji w Warszawie autorstwa pani redakcyjnego kolegi („R eprywatyzacja warszawska. Byli urzędnicy przerywają milczenie", J.Mrygoń, M.Bajko, P.Słowik –red.) moje nazwisko pada tylko raz: „Myślę?, że Jacek Wojciechowicz ma w sobie jeszcze większe pokłady żalu do pani prezydent niż˙ my”.

Ma pan?

Nikt lepiej od Hanny Gronkiewicz-Waltz nie wiedział o tym, że ja nie mam nic wspólnego z tą aferą. W moich pełnomocnictwach nie było niczego, co było związane z reprywatyzacją. Reprywatyzacja znajdowała się pod szczególnym nadzorem. Wiadomo było, że to są sprawy niezwykle skomplikowane, trudne społecznie i prawnie, w związku z czym BGN (Biuro Gospodarki Nieruchomościami – red.) było uznawane za komórkę wyspecjalizowaną, w której szczególnie kierownictwo posiada i odpowiednie kompetencje, i wiedzę. W związku z tym ktoś, kto nie nadzoruje tego na co dzień, nie powinien się tym interesować nawet w sytuacji nieobecności pani prezydent. Wiedzieliśmy, że są sprawy, które ciągną się latami, np. kiedy ZTM traci siedzibę w pałacyku przy Senatorskiej i trzeba gdzieś ulokować kilkuset pracowników. W powszechnej opinii w ratuszu BGN było uznawane za biuro, które broniło miasta przed reprywatyzacją. Potem się okazało, że to była sztuczna opinia. Każdy prezydent – nie tylko Hanna Gronkiewicz-Waltz, lecz także śp. Lech Kaczyński oraz Marcin Święcicki – był szczęśliwy, kiedy dowiadywał się, że miasto nie musi oddawać, nie musi płacić. Nikt w ratuszu nie radował się, że zwrócono kamienicę prawowitemu właścicielowi, bo na głowie ratusza było znalezienie mieszkań ludziom, którzy w tym budynku do tej pory mieszkali. Ja w kwestii reprywatyzacji tylko teoretyzuję, bo naprawdę nie miałem z nią nic wspólnego.

Odpowiadał pan za projekt zabudowy placu Defilad, za działkę przy Chmielnej.

I na komisji ds. reprywatyzacji prowadzonej przez Patryka Jakiego w amatorski i nieprofesjonalny sposób próbowano połączyć uchwalenie planu na placu Defilad z aferą reprywatyzacyjną. Tak jakby ten plan uzgadniany był ze spadkobiercami. A przecież to były lata 2007–2008, kiedy nikt nie słyszał o żadnych spadkobiercach, a wszystkie działki były własnością miasta. Skupialiśmy się na planie. Najważniejszym planie architektonicznym w Polsce. Wielkie przedsięwzięcie, koncepcja uzgodniona z SARP, z Radą Architektury i z innymi instytucjami. Bardzo długo dyskutowane. Pamiętam, że kiedy zaproponowaliśmy wieżowiec w parku Świętokrzyskim i pojawiły się w związku z tym kontrowersje, protesty, to po roku dyskusji wykreśliliśmy go z planu. A najwyższe wieżowce, które były planowane, obniżyliśmy z 300 m do 245 m. Proszę pamiętać, że ten cały teren był miejski. Wszystkie wieżowce miały stanąć na miejskich działkach.

Które zostały zreprywatyzowane.

Ale kilka lat po tym, jak plan został uchwalony. I w zasadzie nie ma co się dziwić, że jak ktoś chce robić interesy na reprywatyzacji, to idzie tam, gdzie są najdroższe działki, szuka spadkobierców, kombinuje. Pamiętam, jak jedna z gazet próbowała lansować tezę, że działka Chmielna jest warta 160 mln zł. W rzeczywistości jej wartość to około 60 mln. To było nakręcanie atmosfery i zachęcanie nieuczciwych ludzi do robienia nielegalnych interesów.

Obwinia pan media za aferę reprywatyzacyjną? Gazetę, która tę aferę ujawniła?

Nie, mówię o mechanizmach. Powtarzam, że kiedy tworzyliśmy ten plan, nie było zgłoszonych roszczeń... Zresztą nie można myśleć tylko o roszczeniach, robiąc plan, bo wówczas nie można by było zrobić niczego. W samym Śródmieściu jest kilka tysięcy roszczeń. Przykładem może też Stadion Narodowy – w trakcie budowy okazało się, że ktoś zgłosił roszczenie do miejsca, w którym miała być płyta boiska.

Panie prezydencie, czyli coś o tej reprywatyzacji pan wiedział.

Pani redaktor, jeszcze raz mówię, że Hanna Gronkiewicz-Waltz mnie zdymisjonowała, bo myślała, że w ten sposób zadowoli Schetynę, a Schetyna w zamian za to będzie jej bronił. Nawet powiedziała: „Będą mnie bronić, ale muszę cię zwolnić, bo tak sobie życzy Grzegorz”. On nie tylko chciał mojego odwołania, lecz także żeby to odwołanie nastąpiło przy okazji afery reprywatyzacyjnej, żeby ta afera przykleiła się do mnie. To jest ta perfidia. Mam żal do pani prezydent, że się na to zgodziła, że nie zwyciężyły u niej zasady, uczciwość, chrześcijańskie sumienie, tylko pragmatyzm i własny interes. Dwa tygodnie wcześniej wróciłem bardzo późno z ratusza. Myślę, że była 23. Telefon od szefowej. I mówi, że jest z chłopakami i rozmawiają o sytuacji z tą reprywatyzacją, i jest taka propozycja, żebym się podał do dymisji. Ja, że to chyba żarty. Ja? A z jakiej okazji? Ona, że ta sprawa reprywatyzacji źle wygląda i że Jarek Jóźwiak już się zgodził.

Chłopaki – to kto?

Grzegorz Schetyna i Sławek Neumann. Dała słuchawkę Neumannowi i tu już poszły bardzo ostre słowa z mojej strony, oględnie mówiąc, żeby wybili sobie z głowy dymisję, że mogą mnie odwoływać i pięć razy, ale ja się do dymisji nie podam, bo byłoby to z mojej strony przyznanie się do czegoś, czego nie zrobiłem. Potem pani prezydent zadzwoniła do mnie jeszcze w nocy, żeby powiedzieć, bym był gotów na to, że ona ogłosi rano swoją decyzję o moim zwolnieniu. Po godzinie zadzwoniła ponownie, żeby powiedzieć, że rozmawiała z mężem i innymi osobami i że mnie jednak nie zwolni, bo to byłoby nieuczciwe. Mówię to pani po to, żeby uświadomić, jak wygląda robienie polityki, jaka to jest gangsterka, jakie oszustwo.

Na które wiele lat przymykał pan oko.

Nie przymykałem. Dlatego byłem niewygodny. Większość członków PO ma podobne do mojego zdanie na temat zarządzania partią, tylko boi się o tym powiedzieć głośno, bo obawia się o własne kariery, o miejsce na listach itp. Ci, którzy o tym mówili, zniknęli z partii. Od 2012 r. mówiłem o ustawianych wyborach wewnętrznych, o kompletnym braku jakiejkolwiek dyskusji wewnętrznej w partii, o braku uczciwej konkurencji i promowaniu tych, którzy są bierni, mierni, ale wierni. PO stała się partią bezideową.

A na jakiej idei chciałby pan budować partię?

Przede wszystkim na gospodarczych sukcesach tworzyć nowoczesny patriotyzm, docenić rolę edukacji i kultury, dopuścić do zdrowej, uczciwej wewnątrzpartyjnej konkurencji, słuchać tego, co mówią szeregowi członkowie partii.

To jest program wyborczy?

Proszę spojrzeć, co się dzieje teraz w PO. Jest Grzegorz Schetyna, król, i jego dwór złożony z kilku osób, które siedzą w pieczarze razem z nim i mu przyklaskują. Proszę sobie więc wyobrazić, że w Platformie też jest lepszy i gorszy sort. I ten lepszy uważa, że się w Polsce nic nie stało, że prędzej czy później Polacy znudzą się PiS i władza sama wpadnie im w ręce, nie rozumieją, że nie ma prostego powrotu do sytuacji sprzed 2015 r. Po dwóch latach kardynalnych błędów PiS Platforma nie ma nawet wyniku z przegranych wyborów. 16 proc. to porażka. No, ale co z tego, nawet jeśli PO będzie miała tylko 7-procentowe poparcie, to Schetyna ze swoim dworem i tak wejdzie do Sejmu. A przecież tylko to się liczy. W PO nie ma mowy o demokracji, od Schetyny zależy praktycznie wszystko, miejsce na liście, pójście do telewizji, cała władza jest w jego rękach. A przy tym proszę zauważyć, że PiS Schetyny nie atakuje. Wciąż wywlekana jest „wina Tuska” i co najwyżej Ewy Kopacz. Ba, Schetyna był nawet chwalony przez prezesa Kaczyńskiego.

Co pan sugeruje?

Sugeruję, że przewodniczący Schetyna jest wygodny dla PiS, to ktoś, kto robi prezenty partii rządzącej. Nie zdziwiłbym się nawet, gdyby pewna nić sympatii była między liderami tych dwóch partii. Proszę zauważyć, jak niejasno przewodniczący PO wypowiadał się w sprawie uchodźców, jak niejasno Platforma zadecydowała w sprawie ustawy o myśliwych, niejasno w stosunku do ustawy o IPN i jak skandalicznie, głupio w stosunku do skierowania do komisji projektu społecznego dotyczącego ustawy aborcyjnej.

O sprawach reprywatyzacyjnych pan nie mówi.

Bo nigdy się tym nie zajmowałem. Natomiast nie słyszałem, żeby przewodniczący PO wypowiedział się konkretnie na temat prezydentury Hanny Gronkiewicz-Waltz w kontekście afery reprywatyzacyjnej. A teraz jest tak, że PO może oddać Warszawę PiS. Oczywiście, musi się bardzo nastarać. Właściwie musi zrobić to samo, co miało się stać przed wyborami prezydenckimi, a o czym mówił Adam Michnik: „Komorowski musiałby po pijanemu przejechać zakonnicę w ciąży na pasach, żeby nie wygrać”. I nie wygrał. A działania kierownictwa PO w prostej linii prowadzą do tego, żeby Platforma w stolicy nie wygrała.

Pana działania i słowa też się mogą do tego przyczynić.

Ale ja też nie chcę dopuścić do tego, żeby wygrał PiS.

Czyli co, ogłasza pan start w wyborach? Proszę się jasno opowiedzieć.

Mam świadomość, że byłoby to zderzenie z walcem, który co prawda jest źle prowadzony, ale to jednak walec. Gdybym się zdecydował na start, na co namawiają mnie różne środowiska, i to wcale nie mało liczne, to...

Krąży pan jak Włodzimierz Cimoszewicz przed wyborami prezydenckimi w 2005 r. Które organizacje pana namawiają?

Samorządowe, różne stowarzyszenia, ruchy miejskie...

Jan Śpiewak, twórca „Miasto Jest Nasze”, wypowiada się o panu tylko źle.

Z tego, co wiem, to Śpiewak nie jest już działaczem tego stowarzyszenia. Wytoczyłem mu proces za to, że kilka razy publicznie powiedział, iż zostałem wyrzucony z ratusza za udział w aferze reprywatyzacyjnej. To jest czyste kłamstwo.

Startuje pan w wyborach prezydenckich czy nie?

Już mówiłem, że to zderzenie z walcem, a w zasadzie z dwoma walcami, bo drugim walcem jest PiS. Jeżeli chce się w pojedynkę odwrócić tendencję w Warszawie, która jest utrwalana przez kilkanaście lat, to jest bardzo trudne. Chociaż dla Warszawy to jedyne rozwiązanie. Proszę zauważyć, że partie typują na stanowiska prezydentów miast politycznych celebrytów.

O kim pan mówi? O Rafale Trzaskowskim, Patryku Jakim, Stanisławie Karczewskim?

O nich też. Ale mówię o wszystkich, którzy startowali na przestrzeni lat na to stanowisko. Trudno tam znaleźć kogoś, kto się znał na tej robocie, na sprawach miasta, na inwestycjach. To jest przedziwna sytuacja, w której na najważniejszy prezydencki urząd samorządowy wybierani są najmniej kompetentni ludzie. Oni muszą uczyć się miasta przynajmniej przez dwa, trzy lata. To stracony czas.

Czyli Hanna Gronkiewicz-Waltz też się nie zna na mieście?

Wcześniej pracowała w NBP. To nie miało nic wspólnego z zarządzaniem miastem. Kiedy startowała pierwszy raz w wyborach, to oczywiście, że się na mieście nie znała, musiała się nauczyć. Od 2006 do 2012 r. to były najlepsze lata pani prezydent w Warszawie. Potem był czas referendum ws. odwołania HGW i weszliśmy w politykę gaszenia pożarów, PR-u i dużej nerwowości, decyzji podejmowanych pod wpływem impulsu, artykułu w gazecie czy wpisu w internecie. Bardzo trudno sprawnie zarządzać miastem w taki sposób. Słyszeliśmy w ratuszu, że pani prezydent zarządza przez zmiany. Zmieniała nazwy, zmieniała podległości, zmieniała ludzi. Często to prowadziło tylko do bałaganu. Czasami, jak się patrzyło na sposób działania, to naprawdę można się było dziwić, że to wszystko jeszcze jakoś chodzi. Zasada w zarządzaniu dużym miastem powinna być przynajmniej taka, że prezydent ma obowiązek otoczyć się kompetentnymi zastępcami, których barwy polityczne nie mają znaczenia. Samorząd to nie jest walka polityczna tak intensywna, jak w Sejmie. Dziura w drodze nie jest ani PiS-owska, ani PO-wska, ani PSL-owska. Po co mieszkańcom Warszawy te tabuny działaczy partyjnych? Partyjny prezydent jest uwikłany w zależności i uzależniony od partii. Niezależny prezydent jest uzależniony tylko od mieszkańców, bo nie ma paru tysięcy koleżanek i kolegów, których chce wstawić na stanowiska.

Tak było, kiedy pan był wiceprezydentem?

Nigdy jako wiceprezydent nie byłem członkiem żadnej rady nadzorczej. Dodatkowo partia wywierała naciski na Hannę Gronkiewicz-Waltz. Pamiętam, że kiedy złożyliśmy wniosek do Trybunału Konstytucyjnego o uchylenie złej ustawy dotyczącej opieki zdrowotnej, dostaliśmy przykaz, że musimy go wycofać.

I co, wycofaliście?

Tak, bo tak działa partia. Można jednak rządzić Warszawą bez partii. Byłoby dużo prościej. Przestałyby działać te układy. Hanna Gronkiewicz-Waltz chciała mnie odwołać, to zaproponowała, że jeśli poddam się partyjnej dyscyplinie i złożę dymisję, to w nagrodę pocieszenia zostanę prezesem spółki Tramwaje Warszawskie. Jak pani wie, odmówiłem i prezesem nie jestem. I to jest właśnie partyjny układ. Standard partyjny. W partii patrzy się przez pryzmat tego, żeby mieć jak najwięcej swoich ludzi. Nieważne, czy coś umieją, byle byli nasi. I jak się zadzwoni z Wiejskiej, z Czytelnika (tam jest siedziba PO), pstryknie palcem, to będzie wszystko tak jak trzeba... Co nie znaczy, że w warszawskiej PO nie ma świetnych radnych i burmistrzów, bo patologia, o której mówię, to jednak pewien margines. I chciałbym też jednoznacznie powiedzieć, że mimo mankamentów trzy kadencje HGW to najlepszy okres w historii Warszawy.

W „tramwajach” się dość dobrze zarabia...

I co z tego? Gdybym sam się podał do dymisji, przyjął synekurę w Tramwajach Warszawskich, to równie dobrze mógłbym sobie napisać na czole: jestem aferzystą.

Co jest napisane w pana dokumencie dymisyjnym?

Nic oprócz tego, że zostałem odwołany. Na konferencji pani prezydent wyraźnie powiedziała, że nie ma to nic wspólnego z reprywatyzacją, tylko z małą liczbą inwestycji. Nie przeszkadzało to jej trzy tygodnie później na Facebooku napisać, że od 10 lat mamy w Warszawie boom inwestycyjny... Napisała prawdę.

Z czego pan żyje?

Mam firmę szkoleniową i dość dużą wiedzę na temat działalności samorządowej. Proszę pamiętać, że od 30 lat pracuję w samorządowych strukturach, że w wieku 27 lat zostałem najmłodszym wiceprezydentem w Polsce. Byłem wiceprezydentem Raciborza. Potem przeszedłem długą drogę w samorządzie warszawskim. Naprawdę nie zostałem wiceprezydentem tylko dlatego, że byłem w PO. Hanna Gronkiewicz-Waltz szukała fachowca. Od razu rzuciła mnie na głęboką wodę – dokończenie remontu Krakowskiego Przedmieścia. Firma budowlana zeszła z budowy, zostawiając rozkopany Trakt Królewski. Dla mnie, który przyjechałem do Warszawy z południa Polski, przebudowywanie Krakowskiego Przedmieścia było czymś niesamowitym. Musiałem podejmować dziesiątki decyzji.

Kostka na Krakowskim Przedmieściu faluje.

Materiał już był wybrany długo przed naszą kadencją. To chiński granit.

Tam powinien stanąć pomnik katastrofy smoleńskiej. Pan zakazał jego postawienia.

Tak, bo byłby to kompletny nonsens.

Pomnika chcieli warszawiacy, rodziny ofiar, również te niezwiązane z PiS.

We wszystkich badaniach większość warszawiaków była przeciwna pomnikom na Krakowskim Przedmieściu. Odpowiedzieliśmy na inicjatywę prezydenta Komorowskiego i zaproponowaliśmy inne miejsce przy ulicy Trębackiej.

Koło pętli autobusowej.

W ładnym, dostojnym miejscu.

Dlaczego pan się uparł, żeby nie wydać zgody na Krakowskie Przedmieście?

Krakowskie Przedmieście to jest najcenniejszy układ architektoniczno-urbanistyczny w Warszawie, układ zamknięty. I nie ma w nim miejsca na żadne nowe pomniki. Pamiętam, że kiedyś w ratuszu zastanawialiśmy się nad postawieniem pomnika Jana Pawła II właśnie na Krakowskim Przedmieściu. Pomysł jednak upadł tylko z powodów architektonicznych i urbanistycznych. Jeśli chodzi o katastrofę smoleńską, to od 10 kwietnia sam chodziłem na Krakowskie Przedmieście, byłem w Pałacu Prezydenckim, trzymałem wartę honorową przy trumnach Lecha i Marii Kaczyńskich i uważałem, że szybko trzeba wznieść na Powązkach postument upamiętniający tę tragedię. I tak się stało, mimo że obowiązuje zasada, że nie buduje się pomników wcześniej niż pięć lat po śmierci danej osoby, o ile ta osoba oczywiście zasługuje na pomnik.

Ale to jest zasada zapisana, obowiązująca, zgodna z prawem?

Ustalona przez Radę Warszawy.

Jednak wydał pan zgodę na postawienie na placu Piłsudskiego Krzyża Papieskiego.

Miałem poczucie, że łamię swoje sumienie. Przecież też krzyż stanął na największym założeniu architektonicznym Warszawy, czyli na Osi Saskiej. Ale to właśnie tam Jan Paweł II powiedział: „Niech zstąpi Duch twój i odnowi oblicze ziemi, tej ziemi...”. I od tego wszystko się zaczęło. W tym konkretnym miejscu. Za rok już była Solidarność. To jest fundament III RP, początek naszej wolności, niepodległości.

Za chwilę staną tam dwa pomniki – smoleński i Lecha Kaczyńskiego.

To będzie kompletnym kuriozum nie tylko architektonicznym, ale i politycznym. Katastrofa smoleńska to była wyjątkowa tragedia, która już została upamiętniona. I jeśli chcemy dokonać kolejnych upamiętnień, to na pewno nie w tym miejscu, nie na Osi Saskiej.

I jeśli zostanie pan prezydentem Warszawy...

Na razie nie wiem, czy będę startował.