Nie znaczy to jednak, że można tę imprezę ignorować, pominąć w kalendarzu czy stwierdzić, że ma się akurat coś lepszego do roboty, jeśli jest się politykiem czy prezesem dużej firmy. Najlepiej widać to po liście gości. Prezydent USA Donald Trump przybył z ponad 100-osobową świtą, stawiając na nogi szwajcarskie wojsko, policję i ochroniarzy ściąganych z całego kraju. Angela Merkel i Emmanuel Macron pokazali, że to wokół osi Berlin – Paryż kręci się cała Unia Europejska. Europa to jednak nie cały świat, a tylko jego niewielki kawałek. W Davos widać to doskonale, bo więcej emocji na forum wzbudza pojawienie się przedstawicieli największych na świecie gospodarek rozwijających się. W tym roku spotkanie w górskim kurorcie otwierało przemówienie premiera Indii Narendry Modiego.

Polityczni liderzy prężą mocarstwowe muskuły i zgodnie z obowiązującymi zasadami poprawności politycznej walczą z nierównościami czy protekcjonizmem. Przedstawiciele biznesu, w mniejszym stopniu związani ową poprawnością, sprawiają wręcz wrażenie lekko znudzonych. Bill Gates i wielu jemu podobnych przeciskają się jednak między kamerami i dzielnie udzielają jednego wywiadu po drugim.

Do tego ponadmetrowe zaspy śniegu i korki będące wypadkową oblodzonych dróg i licznych rządowych delegacji. A jednak co roku najważniejsi tego świata przyjeżdżają, chociaż tam nie robi się biznesu i nie zawiera politycznych dealów. Tam buduje się dla nich klimat.

Polska ocieplenia klimatu w przestrzeni międzynarodowej potrzebuje ostatnio wyjątkowo mocno. Dlatego jest sens w tym, że mieliśmy w Davos delegację na topowym poziomie z prezydentem i premierem na czele. Listę rozmówców na spotkaniach mieli długą. W dwa-trzy dni udało się zorganizować dwustronne spotkania, które normalnie dogrywa się na przestrzeni tygodni czy miesięcy. Z punktu widzenia dyplomatycznej ofensywy, z którą wystartował kilka tygodni temu premier, ma to głęboki sens.

Gorzej, że nie umiemy pokazać się w Davos z perspektywy biznesowej, bo i nie bardzo mamy co pokazać. Prestiżową kwestią na pewno jest to, że prezes Banku Pekao Michał Krupiński został jednym z panelistów. Dla prezesów dużych spółek – i prywatnych, i państwowych – sama obecność wśród światowej elity politycznej i biznesowej może być zaspokojeniem ambicji. Tylko z tego niewiele wynika dla promocji naszej gospodarki czy spółek, których władze tam się pojawiły. Nasze firmy to maleństwa w porównaniu z tymi, którzy pojawiają się na forum. Nie mamy i długo nie będziemy mieć polskiego Google’a, Goldman Sachsa czy BP.

Nasze mikrochampiony, jak nazywa je premier Mateusz Morawiecki, zamiast napinać się na selfie z Davos, może powinny pomyśleć o stworzeniu konceptu w ramach licznych rad biznesowych czy stowarzyszeń przedsiębiorców, które działają w Polsce, i zafundować sobie i naszej gospodarce pawilon na następne spotkania w Davos, w którym kilka podmiotów państwowych i prywatnych pokaże biznes made in Poland. Stać je na to. Tego typu promocja to standard w dyplomacji ekonomicznej i strategiach biznesowych. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby w takim miejscu nasi politycy umawiali swoje dwustronne spotkania na forum.

Nasze firmy jeszcze długie lata będą mogły myśleć jedynie o rozpychaniu się w regionie Europy Środkowej i Wschodniej. Dlatego próba wmawiania sobie, że w Davos da się zrobić biznes czy znaleźć na niego pomysł, nie prowadzi do niczego konstruktywnego. Pojedyncze wizyty prezesów są jak kropla w morzu, z którego wyskakują na powierzchnię i dają się zauważyć tylko największe ryby. Polscy politycy w pojedynkę radzą sobie w Davos, polski biznes musi wymyślić tam swoją obecność albo dać sobie spokój. ⒸⓅ

źródło: Dziennik Gazeta Prawna