Wydany w czwartek wyrok nie jest prawomocny.

Prokuratura oskarżyła Bartosza B. o to, że w maju ub. roku wdarł się na teren obok wybiegu dla tygrysów, objęty zakazem wstępu dla zwiedzających, i stamtąd znęcał się nad tygrysem syberyjskim, poprzez „kłucie, odganianie go kijem", a także "złośliwe straszenie i drażnienie”.

Proces przeciwko Bartoszowi B. ruszył na początku ub. roku. W toku postępowania mężczyzna przyznał, że wejście na tyły wybiegu było „głupim pomysłem”. Jego zdaniem nie drażnił jednak zwierzęcia, ponieważ kij, którym próbował dotknąć tygrysa, był za krótki, by go dosięgnąć. Tym wyjaśnieniom przeczyły jednak zeznania świadków.

Sąd uznał mężczyznę winnym zarzucanego mu czynu i wymierzył mu karę 1 miesiąca bezwzględnego więzienia, a także zapłatę nawiązki na rzecz Tomaszowskiego Towarzystwa Miłośników i Opieki nad Zwierzętami.

Obrońca Bartosza B., mec. Bartek Torz zapowiedział apelację od wyroku. Jak mówił, „jestem miłośnikiem zwierząt, mój klient również lubi zwierzęta, zresztą dlatego udał się do ogrodu zoologicznego, aby je podziwiać”.

„Tak naprawdę on wszedł za wybieg tygrysa po to właśnie, żeby go lepiej widzieć, gdyż z tego budynku, który znajduje się przy wybiegu, było bardzo trudno zwierzę dostrzec. Robienie z niego w toku niniejszego postępowania, jeszcze nawet przed tym postępowaniem, osoby, który jest jakoby wyzuta z uczyć i jakiegoś współczucia dla braci mniejszych, czy znęcała się nad zwierzęciem - jest absolutnie nieuzasadnione” – podkreślił.

Dyrektor poznańskiego ogrodu zoologicznego Ewa Zgrabczyńska powiedziała PAP, że „od początku, występując jako oskarżyciel posiłkowy w tej sprawie, nie mieliśmy wątpliwości, że została naruszona ustawa o ochronie zwierząt, że wszelkie akty przemocy wobec zwierząt muszą wreszcie zostać w Polsce ukarane bezwzględną karą więzienia”.

„Ten wyrok jest dla nas niezwykle istotny i ma wymiar profilaktyczny i edukacyjny. Dotyczy w tym wypadku zwierzęcia zamkniętego w ogrodzie zoologicznym, które nie ma możliwości ucieczki, ani schronienia się, ani obrony przed takim aktem przemocy (…). W tym przypadku mieliśmy do czynienia ze zwierzęciem niebezpiecznym, które mogło w sposób dramatyczny ucierpieć, a gdyby tak było, zwierzę mogłoby przerwać ogrodzenie, co skutkowałoby bezpośrednim zagrożeniem dla naszej publiczności” – podkreśliła Zgrabczyńska.