Jak załagodzić spór z Komisją Europejską?

Polski rząd wpędził się w ślepy zaułek. Konflikt, toczący się głównie wokół relokacji uchodźców i naruszeń praworządności, jest na rękę KE, która przy okazji rozpycha się kompetencyjnie i próbuje odzyskać znaczenie utracone w ostatnich latach w wyniku międzyrządowej ewolucji UE. A w Polsce znajduje wygodnego przeciwnika, który jest izolowany w Europie i nie podnosi podstawowych argumentów, których można użyć.

Jakich?

Choćby proceduralnych wątpliwości co do zasadności kroków przeciwko Polsce. Na przykład podejmowania na forum Rady UE kwestii praworządności w ramach spraw różnych, odkąd KE zorientowała się, że nie ma wystarczającej liczby koalicjantów do działania zgodnego z procedurą ochrony praworządności. Z punktu widzenia procedur unijnych to wątpliwe, jeśli nie skandaliczne, a mimo to polski rząd tego nie zanegował. A zamiast tego typu argumentów mamy permanentny show na użytek wewnętrzny, obronę oblężonej twierdzy przed złą Brukselą. To nie znaczy, że nie ma w tym pewnej racji. Sam mam wątpliwości, czy UE powinna się takimi sprawami zajmować, zwłaszcza w sposób, w jaki to robi. Ale tak ostentacyjne i nieskuteczne stawianie sprawy, np. w sprawie uchodźców, gdzie w drobnej kwestii kładziemy Reytana, pozwalając jednocześnie, żeby o sprawach ważniejszych, jak stały mechanizm relokacji, rozmawiano bez nas, służy kształtowaniu retoryki o Polsce bronionej przez rząd przed zewnętrznymi zakusami.

Jak to wpływa na naszą pozycję w UE?

To niebezpieczne, zwłaszcza w związku z dążeniami KE i Francji do tworzenia nowej Unii w oparciu o strefę euro, w którym to scenariuszu stara UE, zapewne z Polską w składzie, obumrze. Jest ryzyko, że pozostaniemy w izolacji, ponieważ małe kraje, na które nasz rząd tak liczy, mówiąc o Trójmorzu, chętniej dołączają się do głównego nurtu, co pokazał objazd Emmanuela Macrona po regionie. Uznają one, że lepiej być trzeciorzędnym krajem w obrębie aspirującego supermocarstwa niż trzeciorzędnym krajem w szarej strefie między nową UE a Rosją. My jesteśmy za duzi na klasycznego klienta państw zachodnioeuropejskich, a za mali, by zorganizować alternatywny ład de facto poza UE. Gdybyśmy potrafili wykorzystać niechęć Niemiec do małej, francuskiej UE, można by podjąć z nimi grę. Tymczasem my, nie wiedzieć czemu, podnosimy akurat kwestię reparacji.

A może po naszej stronie szwankuje retoryka? Politycy nie dostosowują argumentów do rozmówcy, stosując styl wiecowo-publicystyczny, który nie znajduje zrozumienia u eurokratów. Słowakom i Węgrom wychodzi to lepiej.

Inne państwa też kombinują, by przyjmować jak najmniej uchodźców, ale robią to tak, by nie ściągać na siebie gniewu i uwagi. Mówią, że się zgadzają, ale realizują te obietnice tak niemrawo, że niewiele z tego wynika. Różnica między przyjęciem tysiąca a zera uchodźców w skali dużego kraju, jakim jest Polska, nie jest demograficznie poważna. Natomiast w sensie politycznym jest ona olbrzymia, ponieważ staliśmy się symbolem awanturnictwa i eurosceptycyzmu, unijnym chłopcem do bicia. W efekcie gdy premier Szydło słusznie oskarża Macrona o rozbijanie UE, stając w obronie tradycyjnych wartości europejskich, nikt nie traktuje jej poważnie. To dorobek naszej dyplomacji ostatnich lat. Kwestię uchodźców można tymczasem załatwić na wiele sposobów. Choćby powoli przyjmować niewielu z nich w zamian za rezygnację ze stałego mechanizmu relokacji. Ale przy sondażach wskazujących, że przygniatająca większość Polaków jest przeciwna jakimkolwiek uchodźcom, mamy do czynienia z silnym narzędziem polityki wewnętrznej. W wymiarze rozgrywki z opozycją podnoszenie tej sprawy jest dla PiS wygodne. W wymiarze strategicznych interesów Polski – szkodliwe.