- Szczyt w Szwajcarii był reprezentatywny. Były Indie, byli tak ważni przedstawiciele globalnego Południa, jak Arabia Saudyjska, Brazylia czy Kenia - mówi Ołeksandr Mereżko, szef komisji spraw zagranicznych ukraińskiego parlamentu, poseł Sługi Narodu.

W ostatniej chwili udało się naprawić wydźwięk komunikatu końcowego po szczycie pokojowym w Szwajcarii. Pierwotna wersja była niekorzystna dla Ukrainy.
ikona lupy />
Ołeksandr Mereżko, szef komisji spraw zagranicznych ukraińskiego parlamentu, poseł Sługi Narodu / Materiały prasowe / fot. Materiały prasowe

Nie wiem, co było w wersji pierwotnej, ale wiem z doświadczenia, jak wyglądają prace nad takimi dokumentami. To, co się znajduje w pierwszej wersji, zwykle nie ma znaczenia, bo bitwa o konkretne sformułowania często trwa do ostatnich minut. Ważne jest to, co się znajduje w wersji ostatecznej. Stąd uważam, że szczyt skończył się naszym zwycięstwem. Przede wszystkim dlatego, że był reprezentatywny pod względem liczby państw i organizacji, a także populacji, jaką one reprezentują. Były Indie, najludniejszy kraj świata, byli tak ważni przedstawiciele globalnego Południa, jak Arabia Saudyjska, Brazylia czy Kenia. Z trzech punktów, którym poświęcono najwięcej uwagi, najważniejsze jest bezpieczeństwo jądrowe. Świat odpowiedział na nuklearny szantaż Władimira Putina, co zmniejsza ryzyko atomowej eskalacji. A to z kolei ogranicza strach pewnych zachodnich polityków, którzy taką eskalację wykorzystywali jako argument.

Argument przeciw przekazywaniu konkretnych rodzajów uzbrojenia.

W sprawie atomu osiągnięto konsensus. Nawet Chiny go podzielają, bo brazylijsko-chińska deklaracja też zakłada sprzeciw wobec nuklearnej eskalacji. Już to burzy rosyjski mit, jakoby tylko Zachód był przeciw Putinowi, a Południe milczy, więc jest po jego stronie. Południe też ma dosyć. Brazylia była w Szwajcarii obecna.

Na poziomie obserwatora, a nie uczestnika.

Ale była. Ostrożne Indie też. To nasz sukces dyplomatyczny.

Indie, Arabia Saudyjska, RPA i dziewięć innych państw spoza Zachodu nie podpisały komunikatu końcowego.

Najważniejsze, że wzięły udział w szczycie i dyskusji. I nie wypowiadają się przeciwko komunikatowi. Wołodymyr Zełenski rozegrał Putina, ustalając ramy prawnomiędzynarodowe dla dalszych rozmów z Rosją. Jasne, że mogą być różne warianty, ale nie powinny one wychodzić poza uzgodnione właśnie ramy, zakładające integralność terytorialną Ukrainy, jej suwerenność, niestosowanie broni jądrowej. Putinowi trudno będzie temu przeciwdziałać na płaszczyźnie informacyjnej.

Komunikaty Putina o gotowości do rozmów pod warunkiem uznania aneksji części Ukrainy rozpatruje pan właśnie w tym kontekście?

Ramy, które proponuje Putin, to jego osobisty punkt widzenia. Ramy, które proponujemy my, mają umocowanie szwajcarskiego szczytu i wsparcie większości świata. Nawet Chiny nie mogą przecież oficjalnie powiedzieć, że są przeciwne integralności terytorialnej, Karcie Narodów Zjednoczonych, suwerennej równości państw.

Chiny, mówiąc o integralności terytorialnej, myślą o odzyskaniu Tajwanu.

Nie chodzi tylko o Tajwan, lecz także Sinciang czy Tybet.

Drugą nowiną ostatnich dni było uzgodnienie na szczycie G7 powołania wartego 50 mld dol. funduszu dla Ukrainy gwarantowanego zamrożonymi pieniędzmi Rosji. To spełnia wasze oczekiwania?

To pewien kompromis. Wcześniej szef komisji spraw zagranicznych Bundestagu Michael Roth zainicjował odezwę do G7, którą też podpisałem, wzywającą do konfiskaty zamrożonych pieniędzy – a chodzi o 300 mld dol. – i przekazania ich Ukrainie. To jedyna właściwa droga. Ale są państwa, zwłaszcza takie jak Belgia, gdzie te pieniądze są zdeponowane, które mają własne interesy i obawy. Stąd konieczność kompromisu. Sam uważałem, że można byłoby te środki wykorzystać jako narzędzie powstrzymywania Rosji. Rosja niszczy elektrownię? Zachód automatycznie przekazuje Ukrainie np. 10 mld dol. Następnym razem Kreml dwa razy się zastanowi przed ostrzelaniem obiektu cywilnego. Ale w zasadzie decyzja G7 jest do przyjęcia jako pierwszy pozytywny krok. 50 mld dol. też się przyda. Mamy ogromny deficyt budżetowy, potrzebujemy pieniędzy na odbudowę. Nasz system energetyczny jest zniszczony w 70 proc. Walczymy o przeżycie.

Dobrą wiadomością jest też zielone światło do rozpoczęcia rozmów akcesyjnych z Unią Europejską jeszcze w trakcie belgijskiego przewodnictwa. Dzięki temu Węgry, które przejmą prezydencję 1 lipca, będą miały mniej możliwości blokowania procesu.

I to też ważna decyzja. Wejście do UE, na dziś bardziej realne niż akcesja do NATO, mogłoby ograniczyć rosyjską agresję. Psychologia Putina jest prymitywna. Chuligan w szkole, kiedy widzi słabego chłopca, który nie należy do żadnej grupy koleżeńskiej, zaczyna go prześladować. Ale gdy chłopiec zostaje do takiej grupy przyjęty, terror ustaje. W tym sensie akcesja ma także znaczenie psychologiczne. Putin zrozumiałby, że przegrał, niezależnie od tego, że okupuje część naszych ziem. Pojąłby, że za Ukrainą stoi siła gospodarcza, polityczna i dyplomatyczna UE. Co więcej, rozpoczęcie rozmów to wielkie wsparcie dla bojowego ducha Ukraińców. Europejscy politycy powinni być jak Winston Churchill. My wiemy, że przed nami długa droga i wiele reform do przeprowadzenia. Ale decyzję trzeba podjąć już teraz. Resztą problemów zajmiemy się później.

Przy okazji szczytu G7 we Włoszech Ukraina zawarła umowę obronną ze Stanami Zjednoczonymi. Z jednej strony nie zostanie ona poddana ratyfikacji, więc Kongres jej nie zablokuje. Z drugiej strony oznacza to, że przyszły prezydent może ją unieważnić jednym pociągnięciem pióra. To realne ryzyko, zwłaszcza jeśli wybory w listopadzie wygra Donald Trump.

To ciekawe pytanie – i mówię to jako wykładowca prawa międzynarodowego. Wybrano formę executive agreement, porozumienia wykonawczego, którą w relacjach z USA wykorzystuje się dość często. Umowę zawarto na 10 lat, więc ponosi za nią odpowiedzialność nie tylko prezydent, lecz także państwo. Nie ma już praktyki, jak dawniej między monarchami, gdy umowy obowiązywały tylko za ich życia. To nie jest osobista obietnica Joego Bidena, ale zobowiązanie USA. Pełnoprawną umowę międzynarodową też można wypowiedzieć. Zgodnie z Konwencją wiedeńską o prawie traktatów z 1969 r., o ile umowa nie stanowi inaczej, okres wypowiedzenia wynosi rok. Stąd forma ma mniejsze znaczenie niż kontrahent. Waszyngton to nie Moskwa i poważnie podchodzi do swoich zobowiązań. Umowa to potężny sygnał, że Amerykanie Ukrainy nie porzucą, a ich wsparcie jest długofalowe, co najmniej 10-letnie. A to tylko jedna z 17 takich umów, jakie Ukraina dotychczas zawarła. ©℗

Rozmawiał w Odessie Michał Potocki