Na mniej niż pół roku przed wyborami prezydenckimi w USA Joe Biden uderzył w Chiny wielką podwyżką ceł.

Będą one wprowadzane stopniowo od tego roku do 2026. I tak cła na stal i aluminium wzrosną z poziomu 0–7,5 proc. do 25 proc., na samochody elektryczne z 25 proc. do 100 proc., na półprzewodniki z 25 do 50 proc., a na baterie litowo-jonowe z 7,5 proc. do 25 proc. Nadrzędny cel administracji Joego Bidena to ochrona rynku wewnętrznego. Wybrzmiewa to już w pierwszym zdaniu komunikatu Białego Domu. Czytamy w nim, że chodzi o „wsparcie inwestycji oraz tworzenie miejsc pracy w sektorach kluczowych dla przyszłości amerykańskiej gospodarki oraz narodowego bezpieczeństwa”. Łącznie podwyżka obejmie towary warte przy obecnych obrotach handlowych 18 mld dol.

Wszystko ma miejsce na mniej niż pół roku przed wyborami prezydenckimi i rewanżowym starciem Bidena z Donaldem Trumpem, gdzie między kandydatami dochodzi wręcz do licytacji na protekcjonizm. Republikanin z zaostrzenia polityki celnej wobec Chin uczynił jeden z głównych punktów kampanii. Wśród jego postulatów jest 100-proc. taryfa na pojazdy elektryczne. Biden natomiast, jak się wydaje, zmienił zdanie. Jeszcze w 2019 r. krytykował Trumpa, gdy ten nakładał cła na import z ChRL o wartości 300 mld dol. – On nie rozumie podstaw. Myśli, że cła opłacą Chiny. A każdy student pierwszego roku ekonomii powie, że to Amerykanie zapłacą za cła – stwierdził wtedy przyszły prezydent USA.

Reakcja Chin na ruch Białego Domu była do przewidzenia. – Podwyżka ceł zaprzecza zobowiązaniu prezydenta Joego Bidena, by nie próbować ograniczać rozwoju Chin oraz odłączać od nich swojej gospodarki. To będzie miało wpływ na atmosferę dwustronnej współpracy – przekazało ministerstwo handlu ChRL. Pekin uważa, że jednostronne nałożenie sankcji przez USA stanowi naruszenie zasad Światowej Organizacji Handlu (WTO) i zapowiada odpowiedź. Faktem jest jednak, że chińska nadwyżka w handlu towarami rośnie w ostatnich latach i obecnie zbliża się do 1 bln dol., co podsyca napięcia ze Stanami Zjednoczonymi i Europą.

Amerykanie odbijają piłeczkę, oskarżając regularnie Chiny, czy to z Białego Domu, czy Kongresu, o nieuczciwe praktyki handlowe, kradzież technologii i własności intelektualnej oraz intencjonalne zalewanie rynku przy stosowaniu dumpingowych cen. Podobnie sytuację diagnozuje ostatnio Bruksela. Portal Politico oceniał, że w relacjach UE–ChRL panuje wręcz wojna handlowa. KE wszczęła śledztwa dotyczące zasypywania przez Chiny europejskiego rynku turbinami oraz samochodami elektrycznymi, a niedawna wizyta w Paryżu prezydenta Xi Jinpinga nie poprawiła atmosfery. Temat ochrony krajowego przemysłu ma być jednym z głównych tematów zaplanowanego na przyszły miesiąc szczytu G7 we włoskim Fasano. ©℗