Inflacja w Polsce spada m.in. dzięki mocnemu złotemu i relatywnie wysokim stopom procentowym - komentuje w rozmowie z DGP Grzegorz Maliszewski, główny ekonomista Banku Millennium. Przypomina, że mimo przyhamowanej inflacji, ceny w gospodarce są dziś wyższe niż przed dwoma-trzema laty.

W piątek GUS podał, że w sierpniu - pierwszy raz od ponad roku – inflacja zeszła poniżej 3 proc. Na ile to zasługa polityki gospodarczej rządu, a na ile czynników niezależnych, rynkowych?

Utrzymujący się od kilkunastu miesięcy trend spadkowy jest efektem kilku czynników, zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych. Przede wszystkim na świecie wygasły szoki podażowe na rynku surowców energetycznych, co przełożyło się na spadki cen paliw. Sierpień był kolejnym miesiącem niższych notowań ropy, co zawsze sprzyja ochłodzeniu wzrostów cen w gospodarce. Widać też efekt niskiej inflacji towarów u naszych partnerów handlowych, w tym w Chinach. Tam na poziomie cen producentów utrzymuje się deflacja, co ogranicza inflację importowanych do Polski towarów. Dodatkowo, dezinflacji sprzyja mocny złoty.

Z czynników krajowych należy wskazać relatywnie wysokie stopy procentowe, które chłodzą popyt konsumpcyjny, choć to element polityki banku centralnego, a nie rządu. Po stronie rządu można zapisać natomiast utrzymywanie zamrożonych cen energii. Według mnie ocena wpływu tego elementu na ceny konsumenta jest jednak nieco wyolbrzymiona. Biorąc pod uwagę sytuację na hurtowym rynku energii elektrycznej – gdzie mamy poziomy znacznie niższe niż w 2022 r. i 2023 r. – to nawet odmrożenie cen energii elektrycznej nie wywołałby wyraźnego skoku inflacji konsumenckiej. Ten instrument trzymał inflację w ryzach dwa-trzy lata temu, dziś urynkowienie cen energii nie spowodowałoby zapewne silnego szoku cenowego. Złagodzeniu presji inflacyjnej w tym roku sprzyja także decyzja rządu o mniejszym niż w poprzednich latach wzroście płacy minimalnej, co pomaga wyhamować wzrost cen w usługach.

Rząd chwali się, że „pokonał drożyznę”. Ceny, choć faktycznie rosną wolniej niż dwa lata temu, to są wyższe niż za rządów Prawa i Sprawiedliwości.

Myślę, że taka narracja ze strony rządu to spore uproszczenie. Tu wyraźnie trzeba podkreślić, że spadek inflacji nie oznacza spadku cen. Ceny wciąż rosną, tyle że wolniej niż w latach 2022-2023. Deflację, czyli spadek cen, w ujęciu rocznym widzimy tylko w wybranych kategoriach, jak np. odzież i obuwie, opał, sprzęt AGD i RTV czy środki transportu. W tych kategoriach mówienie o spadku cen i opanowaniu drożyzny się broni.

Dlaczego w Polsce wzrost cen jest wyższy od średniej dla UE?

Według danych Eurostatu za lipiec średnia dla Wspólnoty to 2,4 proc. a dla Polski – 2,9 proc. W czerwcu było to odpowiednio 2,3 proc. i 3,4 proc., a w maju 2,2 proc. i 3,5 proc. Widzimy więc, że ten rozstrzał się zawęża, aczkolwiek nadal ceny u nas rosną szybciej niż średnio w Unii. Polska prowadzi luźną politykę fiskalną oraz ma drugie najniższe w UE bezrobocie, co sprawia, że dynamika płac utrzymuje się na relatywnie wysokich poziomach. Oba te czynniki pobudzają popyt konsumpcyjny, który popycha ceny w górę. Szczególnie ceny usług.

W kolejnych miesiącach ceny nadal będą rosły wolniej?

W najbliższych miesiącach inflacja będzie utrzymywać się w przedziale celu inflacyjnego banku centralnego, czyli w korytarzu 1,5-3,5 proc., co jest korzystnym sygnałem. Natomiast nie widzę dużej przestrzeni do głębszego spadku z obecnych poziomów – do końca roku pozostaniemy ze wzrostem cen w okolicach 3 proc. Dopiero w połowie przyszłego roku nastąpi lekkie spowolnienie do 2,5 proc. Inflację średnioroczną w 2025 r. prognozujemy na 3,8 proc., a w 2026 r. na 2,8 proc. Źródłem ryzyka pozostają ceny energii elektrycznej, skala podwyżek akcyzy na tytoń i alkohol od stycznia 2025 r., a także dalsze procesy na rynku pracy.

Wymienia pan jedynie czynniki krajowe.

Otoczenie zewnętrzne – dalszy spadek inflacji u partnerów handlowych Polski w połączeniu z mocnym złotym – powinny sprzyjać dezinflacji w Polsce. Zagrożeniem dla cen może być eskalacja napięć geopolitycznych, co wywołałoby wzrost cen surowców energetycznych oraz polityka celna USA, która może zaburzyć łańcuchy dostaw, co zawsze podnosi ceny towarów importowanych.

Odczyt inflacji za sierpień oraz przyjęcie przez rząd założeń do budżetu na 2026 r. zmieniają perspektywy dla stóp procentowych?

Inflacja na poziomie 2,8 proc. za sierpień wspiera oczekiwania dotyczące obniżki stóp o 25 pb we wrześniu. Część członków Rady Polityki Pieniężnej sygnalizowało zamiar takiego dostosowania polityki pieniężnej i wydaje się, że ten scenariusz się zmaterializuje. Zakładamy, że do końca roku będzie jeszcze jedna obniżka stóp, a kolejne w przyszłym roku. Na koniec tego roku zejdziemy z główną stopą procentową do 4,5 proc., a na koniec przyszłego roku do 3,5 proc. To będzie odczuwalna ulga dla kredytobiorców.

Przedstawione w czwartek założenia do budżetu mogą jednak nieco zaburzyć ten scenariusz. Rząd zaproponował kontynuację luźnej polityki fiskalnej i wysokiego deficytu sektora finansów publicznych. W tym roku zgodnie z założeniami ministerstwa finansów może on sięgnąć 6,9 proc. PKB. To wyraźnie więcej niż pierwotne założenia resortu. To zwiększa presję na ceny, więc RPP będzie musiała się dokładnie przyjrzeć tym założeniom i ocenić ryzyko zahamowania dezinflacji. Dlatego też raczej mówimy o dostosowaniu polityki pieniężnej i niewielkich, punktowych obniżkach stóp procentowych, a nie cyklu obniżek. Ryzyka dla wzrostu cen nasiliły się i RPP zapewne stopniowo dozować będzie cięcia stóp procentowych.