Sobotnie wybory na Tajwanie zapewne nie przesądzą o przyszłości świata ani nawet samej Republiki Chińskiej, ale i tak będą pilnie obserwowane i na Wschodzie, i na Zachodzie.

Generał Czang Kaj-szek pewnie przewraca się w grobie, gdy jego następcy w partii, którą kierował przez długie lata, określani są mianem „prochińskich” i skłonnych do kapitulacji przed komunistycznymi władzami w Pekinie. Kuomintang stoczył przecież krwawą wojnę domową ze zwolennikami Mao, a po jej przegraniu stworzył „formę przetrwalnikową” na Tajwanie.

Czang rządził potem tym skrawkiem lądu twardą ręką, w najlepszym razie wsadzając do więzienia każdego, na kogo padł choćby cień podejrzenia o współpracę z Chinami kontynentalnymi. Kuomintang zyskał zaś na Tajwanie status jedynej legalnej partii politycznej i stał murem za swoim autorytarnym liderem.

Kuomintang kontra DPP

Od śmierci generała w roku 1975 sporo się jednak zmieniło. Reformy Deng Xiaopinga i jego następców w ChRL spowodowały liberalizację gospodarki i ogromny skok cywilizacyjny. Na Tajwanie również pod koniec ubiegłego wieku zdemokratyzowano system, dopuszczono do funkcjonowania inne partie, a przy okazji zbudowano jedną z najbardziej innowacyjnych gospodarek świata. Dawna partia Czanga przystosowała się do nowych reguł gry. Przede wszystkim nauczyła się słuchać mieszkańców. To o tyle istotne, że na wyspie, po krwawych wydarzeniach z połowy ubiegłego wieku, istniała polityczna i ekonomiczna dominacja stosunkowo nielicznej mniejszości („waishengren” – „urodzonych na zewnątrz”), głównie wojskowych i urzędników, którzy uciekli z kontynentu. Dyskryminowani zaś byli autochtoni (zwani „benshengren”, czyli „urodzeni tutaj”) stanowiący niemal dziewięć dziesiątych populacji potomkowie resztek ludności rdzennej i dawniejszych migrantów z Chin. Kuomintang nauczył się uwzględniać interesy i emocje tej większości, a wśród nich potrzebę poczucia bezpieczeństwa. Dlatego pragmatycznie rozpoczął flirt z Pekinem, otwierając kraj na wymianę towarową, wzajemne inwestycje, współpracę naukową i kulturalną. Obustronne bieżące korzyści sprawiły, że na plan dalszy zeszły dawne animozje, a przede wszystkim spory o interpretację określenia „jedne Chiny”, którym chętnie posługiwały się oba państwa, oczywiście przypisując mu odmienne znaczenia. Wzrost pokojowej kooperacji pozwolił za to po obu stronach Cieśniny Tajwańskiej i na zachodnich uniwersytetach snuć plany albo stopniowej unifikacji i konwergencji rozwiązań polityczno-ekonomicznych (to był optymistyczny wariant maksimum), albo przynajmniej płynnego zjednoczenia na zasadzie „jedno państwo, dwa systemy”.

Pekin gra na uspokojenie nastrojów, przynajmniej w stosunkach z USA. Relacje z samym Tajwanem to co innego. Trawione wewnętrznymi problemami imperium potrzebuje wszak wroga

Poważny cios optymistom zadał rozwój sytuacji w Hongkongu. Odzyskując tę dawną brytyjską kolonię, Pekin obiecywał poszanowanie jej odrębności cywilizacyjnej, ekonomicznej i politycznej. Szybko okazało się, że nic z tych rzeczy – liberalny i demokratyczny Hongkong został wkrótce poddany narastającej presji, realizowanej także metodami policyjnymi, a dawne wolności – stłumione. To otrzeźwiło wielu Tajwańczyków, znacząco wpływając na wzrost poparcia dla partii sceptycznych wobec kontynentalnego molocha. Równocześnie narastał sprzeciw, zwłaszcza ludzi młodych oraz wykształconych i zamożnych, wielkomiejskich elit, przeciwko odziedziczonemu po dawnych czasach obyczajowemu konserwatyzmowi oraz przeciw oligarchicznym układom w administracji i przemyśle. Sygnałem nadejścia „nowego” była wygrana Chen Shui-biana – polityka związanego z Demokratyczną Partią Postępową, lewicowo-liberalnym ugrupowaniem, wywodzącym się wprost z opozycyjnego wobec dyktatury Czanga ruchu „dangwai” – w walce o fotel burmistrza Tajpej już w roku 1994. Sześć lat później Chen triumfował w ogólnokrajowych wyborach prezydenckich, a w roku 2001 DPP wygrała wybory do Lifa Yuan, czyli parlamentu. Już wtedy nie ukrywała, że w przeciwieństwie do ostrożnego Kuomintangu jest gotowa podkreślać odrębność Tajwanu od Chin, a jednocześnie ostatecznie zerwać z dziedzictwem gen. Czanga. Przy okazji wstrzymano, a pod pewnymi względami nawet cofnięto, program rozbudowy energetyki jądrowej.

Kuomintang powrócił do władzy po kilku latach, ale DPP pod przywództwem nowej liderki Tsai Ing-wen wyciągała wnioski z dawnych błędów i skrzętnie ciułała punkty. W efekcie zdecydowanie wygrała wybory parlamentarne w roku 2016, a Tsai niemal równocześnie zasiadła w fotelu głowy państwa. W polityce wewnętrznej DPP postawiła wtedy na reformy prawa pracy i systemu zabezpieczeń społecznych oraz pomoc dla małych i średnich firm. Wsparła też modernizację systemu edukacji i badania naukowe, wdrożyła reformy proekologiczne i doprowadziła (w 2019 r.) do prawnej legalizacji małżeństw jednopłciowych.

W polityce zagranicznej coraz śmielej dążono do uzyskania pełnego uznania na arenie międzynarodowej, powrotu do ONZ i innych organizacji, a także rozbudowy systemu relacji bilateralnych. Jednocześnie pod rządami prezydent Tsai i jej partii znacząco przyspieszono modernizację tajwańskich sił zbrojnych oraz pogłębiono współpracę wojskowo-przemysłową ze Stanami Zjednoczonymi. Rzecz jasna przy akompaniamencie gniewnych pomruków i prowokacji zbrojnych ze strony ChRL oraz w atmosferze narastającego napięcia militarnego.

Polityczne cepy

Dla kontynentalnych Chin kwestia „jednego państwa” (czytaj: inkorporacji buntowniczej wyspy prędzej czy później, nawet przemocą) jest fundamentem myślenia politycznego. Szczególnie ekipa Xi Jinpinga uczyniła ją sztandarową i mocno podbudowała emocjonalnie tak bardzo, że trudno sobie dziś wyobrazić odwrót Pekinu od tego stanowiska bez dramatycznej utraty twarzy. Tsai i grono jej najbliższych współpracowników w propagandzie Chin kontynentalnych mają od początku przypisaną rolę „separatystów”, „burzycieli ładu międzynarodowego i bezpieczeństwa regionalnego” oraz „przestępców działających wbrew interesom narodu chińskiego”. A to tylko łagodniejsze ze zwyczajowych epitetów.

Trudno się więc dziwić, że zbliżające się wybory – jednocześnie do parlamentu i prezydenckie – w Republice Chińskiej są dla Pekinu znakomitą okazją do podgrzania atmosfery i ukarania krnąbrnych polityków z DPP. ChRL nie ukrywa, że trzyma kciuki za Kuomintang. Sam Xi w swoim noworocznym przemówieniu ograniczył się do ogólników i przypomnienia, że „zjednoczenie musi nastąpić”, ale do ataku ruszyła rzesza pomniejszych funkcjonariuszy, koncentrując się na wgrywaniu tajwańskiej (i światowej) opinii publicznej prostego komunikatu: zwycięstwo DPP to wojna, zniszczenia i straty, a porażka tej partii oznacza pokój, współpracę i dobrobyt dla wszystkich.

To oczywiste przejaskrawienie, próba terroryzowania tajwańskich wyborców oraz partnerów ekonomicznych Republiki Chińskiej wzmocniona nasileniem prowokacji wojskowych w ostatnich dniach. Jej realne efekty pozostają na razie tajemnicą. Badania nastrojów społecznych na Tajwanie wskazują, że o ile część wyborców jest skłonna ulec lękowi przed eskalacją konfliktu, o tyle inni reagują gniewem i sprzeciwem wobec bezczelności wielkiego sąsiada i w obliczu tak jawnej ingerencji ChRL w sprawy swojego państwa są właśnie skłonni głosować na kandydatów DPP.

Politycy głównych partii radośnie korzystają z okazji i grają piłką wrzuconą im na boisko przez Pekin. Ci z Kuomintangu straszą więc niezdecydowanych, że głos na ugrupowanie dziś rządzące to niemal pewne kłopoty (w najlepszym razie chińska blokada ekonomiczna, a potem może i otwarta wojna). Ci z DPP rewanżują się konkurentom oskarżeniami o prochińskość albo wręcz agenturalność.

W przedwyborczym powietrzu polityczne cepy aż furczą, a rzeczywistość jest o wiele bardziej zniuansowana. Owszem, agenturalne lub przynajmniej korupcyjne wpływy chińskie są w tajwańskiej przestrzeni publicznej niemal pewne – byłoby dziwne, gdyby ChRL o to nie zadbała. Stanowisko Kuomintangu nie oznacza jednak prostego oddania Republiki Chińskiej pod władzę chińskim komunistom, czyli likwidacji odrębnej państwowości. Partia ta, podtrzymując (swoiście rozumiany) mit „jednych Chin”, twardo twierdzi, że o przyszłości Tajwanu mogą decydować jedynie tajwańscy wyborcy i nikt inny. Podkreśla też odrębność modelu opartego na całkowicie wolnych gospodarce i mediach, procedurach demokratycznych, trójpodziale władz, wolnościach osobistych itp. – w opozycji do kontynentalnego autorytaryzmu. Co więcej, nie ma nic przeciwko dalszej kooperacji z USA i ich sojusznikami oraz rozbudowie potencjału wojskowego (choć krytykuje DPP za nadmierne i jej zdaniem nie zawsze sensowne wydatki w tym zakresie). Opowiada się więc za utrzymaniem status quo polegającego na faktycznej niepodległości Tajwanu, i to chronionej zbrojnie, ale bez prowokowania ChRL – zwłaszcza publicznym deklarowaniem trwałości swej samodzielnej drogi. Uznaje to za cenę, którą warto zapłacić za względną stabilność polityczną oraz odsunięcie groźby agresywnych działań Pekinu.

Gotowanie żaby

Brzmi rozsądnie? Być może, ale politycy DPP mają na to również niepozbawioną sensu odpowiedź. Wskazują, że postulowane przez Kuomintang odprężenie polityczne oraz wynikające z niego zwiększenie chińskiej obecności biznesowej na Tajwanie (plus ułatwienia dla tajwańskich firm na kontynencie) to tylko pozorne lub krótkoterminowe zyski, które grożą stopniowym rozmywaniem się tajwańskiej tożsamości, wzmożoną infiltracją i osłabianiem struktur Republiki Chińskiej, a także większym polem do nacisków i szantaży ekonomicznych ze strony wielkiego partnera. W efekcie zaś może i pokojową, ale wcale nie dobrowolną inkorporacją Tajwanu do niedemokratycznego i antyliberalnego imperium ze stolicą w Pekinie.

A ten bardzo takiemu scenariuszowi kibicuje i dlatego stawia na Kuomintang. Tym bardziej że ma swoje kłopoty wewnętrzne, które w przewidywalnej perspektywie raczej i tak nie pozwolą mu na militarną interwencję na Tajwanie. Do znanych problemów strukturalnych gospodarki, spowolnienia wzrostu, napięć społecznych czy skutków wadliwej reakcji na pandemię doszedł ostatnio cichy, acz poważny kryzys w siłach zbrojnych. Ma on najprawdopodobniej tło korupcyjne i sprowadza się do tego, że wysocy rangą oficerowie okazali się zainteresowani bardziej napychaniem własnych kieszeni niż troską o faktyczne zwiększanie siły bojowej Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej. Dla porządku: w branży analityczno-wywiadowczej krąży też inna wersja mówiąca, że domniemane łapówki i defraudacje to jedynie pretekst do czystki, a w rzeczywistości chodzi o to, że nie wszyscy wyżsi dowódcy przejawiali gotowość wypełnienia wszystkich (nawet szalonych) rozkazów z Biura Politycznego. Tak czy inaczej, głowy lecą ostatnio obficie, a posprzątanie powstałego bałaganu zapewne zajmie towarzyszowi Xi sporo czasu. Tym bardziej że znaczna część „odstrzeliwanych” dziś generałów to dowódcy sił rakietowych. Kluczowych w razie hipotetycznej wojny o Tajwan.

Niezależnie od rzeczywistego stanu i gotowości ChAL-W do ofensywnych kroków, trudno mieć wątpliwości, że agresja (nawet udana, co wcale nie jest przesądzone) uderzyłaby w interesy ekonomiczne Zachodu bez porównania słabiej niż w gospodarkę samej ChRL. I nie chodzi tylko o prawdopodobne sankcje, ale przede wszystkim o fizyczne zakłócenie logistyki dostaw surowców energetycznych, głównie z Bliskiego Wschodu, a także o nagłe odcięcie od dostaw półprzewodników, których dużą część chiński przemysł pozyskuje akurat z Tajwanu. To dlatego Pekin od pewnego czasu gra na uspokojenie nastrojów, przynajmniej w stosunkach z USA. Relacje z samym Tajwanem, a zwłaszcza z obecnie rządzącą ekipą z DPP, to co innego. Trawione wewnętrznymi problemami imperium potrzebuje wszak wroga – łatwego do identyfikacji i do skoncentrowania wokół niego propagandowej aktywności. Pani Tsai i spółka nadają się do obsadzenia w tej roli wręcz wybornie.

Obecna prezydent wykorzystała konstytucyjny limit dwóch kadencji, więc w sobotnich wyborach nie startuje. DPP reprezentuje w wyścigu dotychczasowy wiceprezydent, a zarazem przewodniczący partii Lai Ching-te (na Zachodzie często występujący jako William Lai). Ma ogromne doświadczenie, był premierem, parlamentarzystą i samorządowcem. Symboliczne, że jego oficjalnym kandydatem na stanowisko wiceprezydenta jest Hsiao Bi-khim, w przeszłości szefowa tajwańskiego przedstawicielstwa w USA (a więc „ambasador bez nominacji”). Sama określająca się jako „kocia wojowniczka” od czasu, gdy zainteresowanie mediów wzbudził jej wyjazd na misję do Waszyngtonu w towarzystwie czterech zwierzaków. DPP w kampanii sugerowała, że ta nominacja to gwarancja szczególnych kontaktów z amerykańskimi elitami biznesowymi i politycznymi. Może i tak, acz konkurencja wcale nie jest na straconej pozycji. USA, w przeciwieństwie do ChRL, ewidentnie były zadowolone ze współpracy z ekipą Tsai Ing-wen, ale (również inaczej niż Pekin) nie stawiają na jednego konia. Z ludźmi Kuomintangu też zawsze umiały się dogadywać i nic nie wskazuje, by tym razem w razie ich zwycięstwa miałoby być inaczej. Zresztą kto wie, może wielu osobom na Zachodzie kamień spadłby z serca, gdyby Lai przegrał wybory. Perspektywa wybierania między pryncypiami (obroną demokracji) a pragmatycznym biznesem z Pekinem nie byłaby już tak boleśnie wyraźna.

Opozycja w ofensywie

W ostatnich sondażach kandydat DPP minimalnie prowadzi, a w najbardziej korzystnych dla siebie badaniach ocierał się o 30 proc. Jego najpoważniejszy rywal to Hou Yu-ih, popierany przez Kuomintang były szef tajwańskiej policji, a ostatnio burmistrz Nowego Tajpej – najludniejszej metropolii w kraju. Jego potencjalnym zastępcą jest Jaw Shaw-kong, polityczny weteran Kuomintangu i szara eminencja partii, od lat bardziej znany publicznie w roli osobowości medialnej. Na finiszu kampanii obaj byli zajęci głównie odpieraniem zarzutów o wysługiwanie się Pekinowi, ale też malowaniem świetlanych perspektyw nowego otwarcia w relacjach z ChRL. Jaw, jako przedstawiciel „starej” frakcji Kuomintangu, tylko czasem przypominał najbardziej tradycjonalistycznemu elektoratowi, że „jedne Chiny” kiedyś muszą znów zaistnieć, ale nie jest to możliwe „za czasów Chińskiej Republiki Ludowej” (co duch gen. Czanga pewnie kwitował aprobującym uśmiechem).

Sondaże Hou, oscylujące nieco powyżej 20 proc., pewnie byłyby bardziej optymistyczne, gdyby udało mu się zostać jedynym kandydatem opozycji. Jednak przez drobne w gruncie rzeczy nieporozumienia, a także osobiste ambicje i fochy zainteresowanych polityków, nie doszło do wystawienia wspólnego kandydata opozycji (ku niewątpliwej radości DPP). Liczy się jeszcze Ko Wen-je, z wykształcenia lekarz i były burmistrz Tajpej reprezentujący małą Partię Ludową, którą sam założył parę lat temu, ze stojącą u jego boku Cynthią Wu, parlamentarzystką powiązaną rodzinnie z wielkim konglomeratem biznesowym Shin Kong Group. Oboje unikali stanowczych deklaracji w sprawie przyszłych relacji z ChRL, za to więcej od rywali mówili o problemach niskiego wzrostu gospodarczego oraz o szansach młodego pokolenia. I pewnie dzięki temu oddanie głosu na ten duet rozważa 20–25 proc. wyborców.

Strategia hipotetycznego zjednoczenia obu państw chińskich albo ich ostatecznego rozwodu, wojna i pokój to bowiem zmartwienia głównie Pekinu, Waszyngtonu i światowej opinii publicznej. Zwykłego Tajwańczyka oczywiście też interesują, ale nie bardziej niż koszty życia, perspektywy pracy, opieka zdrowotna, a nawet ocena postaci gen. Czanga i jego rządów. Pomimo względnie dobrej sytuacji ekonomicznej pod rządami DPP Kuomintang potrafił wytworzyć u części wyborców wrażenie, że zdoła przyspieszyć wzrost i usunąć część barier rozwojowych. Dotyczy to m.in. newralgicznej kwestii energetycznej – opozycja zapowiada powrót do ambitnych planów nuklearnych i zamiast przygotowywanego za czasów Tsai wygaszenia ostatniego czynnego reaktora w Ma-anshan obiecuje ponowne uruchomienie już zamkniętych zakładów w Chin Shan i Kuosheng. Docelowo ma to zapewnić przynajmniej powrót do sytuacji z początku obecnego stulecia, gdy w miksie energetycznym atom odpowiadał za ok. 20 proc. dostaw (wskaźnik ten spadł do 8 proc. – podobny udział ma energia odnawialna, a lwia część przypada na węgiel oraz gaz).

Ponieważ w nowym parlamencie ani DPP, ani Kuomintang raczej nie zdobędą samodzielnej większości, niezależnie od ostatecznego rezultatu batalii prezydenckiej Republika Chińska wejdzie niebawem w trudny okres koalicyjnych uzgodnień, a potem – po majowej inauguracji kolejnej głowy państwa – także prawdopodobnej kohabitacji prezydenta i premiera o różnych priorytetach. Dla ChRL oznacza to szansę na rozmiękczenie polityki proniepodległościowej albo przynajmniej na większe możliwości siania chaosu i paraliżowania procesów decyzyjnych. Wielu ekspertów nie wyklucza zresztą, że już po wyborach nastąpi nowa fala chińskich prowokacji wojskowych mających testować zdolności obronne wyspy, a przy okazji – amerykańską determinację do jej wspierania. Pewne tak naprawdę jest tylko jedno: mała i egzotyczna z naszego punktu widzenia wyspa u wybrzeży Chin w coraz większym stopniu będzie się stawać punktem ciężkości światowej polityki. Nie tylko jako kluczowy dostawca czipów. Także jako laboratorium w globalnej rywalizacji między liberalną demokracją a etatystycznym autorytaryzmem. Bez względu na rezultat głosowania nie zniknie bowiem ani presja ChRL, ani wola obrony swych wartości przez większość Tajwańczyków. Cała gra może się jedynie bardziej rozciągnąć w czasie. ©Ⓟ