Wejście do strefy Schengen zajmuje Bułgarii już 11 lat. Jej akces blokują Austria i Holandia. Kiedy Haga wycofała swój sprzeciw, kartę weta wyciągnęły Węgry.

Strefa Schengen jest jednym z najbardziej trwałych i praktycznych dorobków UE, ale wciąż nie należą do niej Rumunia, Bułgaria, Cypr oraz Irlandia. Dwa pierwsze państwa zabiegają o to od momentu wejścia do Unii w 2007 r. Komisja Europejska już w 2011 r. rekomendowała włącznie ich do strefy, uznając, że spełniają wszelkie niezbędne wymogi. Dotychczas ich kandydatura była wstrzymywana przez Austrię i Holandię. Oba kraje twierdziły, że Sofia i Bukareszt robią zbyt mało, żeby przeciwdziałać nielegalnej migracji. Krytycy pomysłu przyłączenia tych dwóch państw do Schengen twierdzili, że mogą one stać się kolejnym szlakiem przerzutowym dla migrantów z Bliskiego Wschodu. Regularnie w Bułgarii i Rumunii gościły misje UE, które weryfikowały, jakie działania są podejmowane dla lepszej ochrony granic. KE nie zmieniła swojego zdania od 12 lat i stale podtrzymuje, że Schengen powinna objąć kolejne dwa kraje członkowskie.

Holenderski parlament w tym tygodniu ma wyrazić zgodę na przyjęcie Bułgarii do Schengen. Szef resortu sprawiedliwości Eric van der Burg z ustępującego rządu Marka Ruttego stwierdził w piątek, że Bułgaria poczyniła duże inwestycje, żeby wdrożyć właściwe kontrole graniczne i spełnia wszystkie wymogi, dlatego Holandia wycofuje swoje weto. Nieco trudniej będzie Sofii przełamać opór Austrii, której rząd Karla Nehammera prezentuje jedno z najostrzejszych stanowisk wobec nielegalnej migracji. Wiedeń narzeka od miesięcy na przepełnione ośrodki tymczasowe dla migrantów i domaga się zintensyfikowania polityki powrotów osób, którym nie przysługuje prawo do azylu. Nehammer podtrzymuje swoje wątpliwości, co do przyłączenia do strefy Schengen Bułgarii oraz Rumunii, ale proponuje tymczasowe rozwiązanie w postaci „Air Schengen”, które pozwalałoby znieść kontrole paszportowe dla podróżujących samolotami, ale utrzymałoby kontrole graniczne na lądzie.

Wszystkie te próby i alternatywne propozycje spełzną jednak na niczym, jeśli swojego niezgłaszanego wcześniej sprzeciwu nie wycofają Węgry. Budapesztowi nie podoba się bowiem wprowadzona przez Bułgarię specjalna opłata za tranzyt rosyjskiego gazu. Węgry wciąż bowiem sprowadzają na mocy podpisanych w 2021 r. umów ok. 4,5 mld m sześc. gazu rocznie z Rosji. Tranzyt wiedzie przez Serbię oraz Bułgarię. I to na dostawy gazociągiem Turkstream przechodzące przez bułgarskie terytorium władze kraju nałożyły dodatkowy podatek w wysokości ok. 10 euro za 1 m sześc. gazu. Choć tydzień temu partie rządzącej większości zgodziły się, że podatek nałożony w październiku należy wycofać, to wciąż jednak formalnie on obowiązuje. Szef węgierskiej dyplomacji Péter Szijjártó ocenił, że podatek jest niezgodny z przepisami unijnymi, ale oceny tej nie podziela Komisja Europejska. Według Brukseli opłaty nałożone przez Bułgarię są środkiem krajowym, a Bułgaria sama może zdecydować, na co te pieniądze przeznaczyć.

KE liczyła na to, że jeszcze w tym roku, za prezydencji hiszpańskiej, uda się przyjąć Bułgarię oraz Rumunię do Schengen. Choć rozmowy z Holandią i Austrią w sprawie poparcia Bułgarii są na finiszu, to w przypadku Rumunii oba kraje podtrzymują swój sprzeciw. Dopóki jednak Sofia nie wycofa się z podatku nałożonego na tranzyt rosyjskiego gazu, dopóty Węgry nie wycofają weta. Prawdopodobnie bułgarski rząd zrezygnuje tymczasowo z dodatkowych opłat na tranzyt gazu, ale sygnalizuje, że chciałby je wdrożyć ponownie, w wyniku uzgodnień z Komisją Europejską na poziomie unijnym. O tym jednak zdecyduje już prezydencja belgijska, która rozpocznie prace w styczniu i będzie próbowała dokończyć rozszerzenie Schengen, które wciąż od 12 lat tkwi w martwym punkcie. ©℗