- Ukraina udowodniła, że europejskie wartości i kwestia bezpieczeństwa kontynentu nie są dla nas pustymi słowami - mówi Ołeksandr Mereżko, przewodniczący komisji spraw zagranicznych Rady Najwyższej Ukrainy, poseł Sługi Narodu.

W przyszły wtorek rozpoczyna się szczyt Sojuszu Północnoatlantyckiego. Jakie rezultaty szczytu, z punktu widzenia Ukrainy, uznałby pan za sukces?
Ołeksandr Mereżko przewodniczący komisji spraw zagranicznych Rady Najwyższej Ukrainy, poseł Sługi Narodu / Materiały prasowe / fot. Materiały prasowe

Najważniejsze, żebyśmy usłyszeli pryncypialną decyzję polityczną dotyczącą tego, że Ukraina na pewno stanie się członkiem NATO. Rozumiem, że trudno będzie może otrzymać bezpośrednie zaproszenie, ale jasną perspektywę musimy uzyskać.

Zawierającą datę? Na przykład od razu po zakończeniu wojny?

Szczerze mówiąc, nie bardzo mi się podoba sformułowanie o końcu wojny, bo nie wiadomo, kiedy to się stanie, a co więcej, z punktu widzenia prawa międzynarodowego, wojna skończy się dopiero wtedy, gdy całe terytorium Ukrainy zostanie wyzwolone, włącznie z Krymem. Mam nadzieję, że stanie się to szybko, ale i tak uważam, że z tego punktu widzenia powinniśmy zostać członkiem NATO jeszcze przed zakończeniem wojny.

Czyli deklaracja wileńska musi iść dużo dalej niż sformułowanie z Bukaresztu z 2008 r., gdzie przecież też zapisano, że pewnego dnia Ukraina stanie się członkiem Sojuszu. Według wielu obserwatorów tylko zachęciło to Władimira Putina do ataku na Gruzję i – po sześciu latach – na Ukrainę.

Bezwarunkowo. Potrzebujemy czegoś więcej niż ogólnej polityki otwartych drzwi. To musi być poważny, namacalny, widoczny postęp w porównaniu z Bukaresztem. Walka o właściwe sformułowanie będzie trwała do ostatniej minuty. Pozytywnym sygnałem jest to, że 21 parlamentów państw członkowskich NATO zwróciło się o przedstawienie Ukrainie jasnego algorytmu drogi do Sojuszu. Ukraina udowodniła, że europejskie wartości, kwestia bezpieczeństwa kontynentu nie są dla nas pustymi słowami. Nasza akcesja wzmocni NATO. Powinniśmy skończyć z wizją Ukrainy jako potencjalnego problemu dla Sojuszu. Poza tym Rosja właśnie weszła w fazę upadku. Czekają nas trudne czasy, na które trzeba się przygotować. Także dlatego powinniśmy zostać członkiem Sojuszu.

Trwają rozmowy o możliwych gwarancjach, które mogłyby zostać udzielone Ukrainie przed formalną akcesją. Z naszych informacji wynika, że nie ma zgody partnerów, by były to gwarancje natowskie, za to w grę wchodzą bilateralne gwarancje niektórych państw członkowskich. Czego by pan oczekiwał?

Jeżeli chodzi o gwarancje, najważniejsze jest to, by działały odstraszająco na Rosję, na Putina. Kluczowe są zatem polityczne skutki tych gwarancji. Wydaje mi się więc, że najważniejsze byłyby więc gwarancje ze strony mocarstw atomowych. Powinny udzielić je zwłaszcza trzy kraje, które były uczestnikami memorandum z Budapesztu (niewiążący dokument podpisany w 1994 r. w zamian za zrzeczenie się przez Kijów poradzieckiej broni jądrowej, w którym zapewniono Ukrainę o nienaruszalności jej granic – red.), czyli Francja, Stany Zjednoczone oraz Wielka Brytania. Te państwa są nam to winne po tym, jak memorandum budapeszteńskie nie zadziałało, gdy w 2014 r. Rosja napadła na Ukrainę. Poza tym swego rodzaju gwarancjami będzie też dozbrajanie Ukrainy. Innymi słowy liczymy na to, że zachodni partnerzy dadzą nam wszystko to, czego potrzebujemy, włącznie z zestawami rakietowymi dalekiego zasięgu ATACMS, samolotami F-16 itd. Wszystko to, co pozwoli nam wyzwolić całe nasze terytorium.

Czyli te dostawy miałyby nabrać charakteru planowego, długoterminowego.

Tak, żeby nie trzeba było za każdym razem ad hoc błagać o kolejne dostawy amunicji, ale aby podjęto wiążącą decyzję o tym, że Ukraina otrzyma wszystko, czego potrzebuje do zwycięstwa.

Z naszych informacji wynika, że na stole jest też pomysł, by Ukraina otrzymała coś w rodzaju odpowiednika art. 4 traktatu północnoatlantyckiego, czyli prawo do wnioskowania o konsultacje z państwami NATO w przypadku zagrożenia. To ważne?

Mechanizmy przewidujące konsultacje polityczne jak najbardziej nas interesują. Przy czym pamiętajmy, że nawet art. 5 Traktatu północnoatlantyckiego nie zakłada pełnego automatyzmu w udzielaniu pomocy.

Prezydent Wołodymyr Zełenski daje do zrozumienia, że przyjedzie do Wilna tylko wtedy, jeśli Ukraina otrzyma od sojuszników wystarczająco dużo. To właściwe stawianie sprawy?

Z jednej strony, z psychologicznego punktu widzenia, uzależnienie odpowiedzi na pytanie „Jechać czy nie?” od efektów szczytu jest słuszne. Z drugiej strony nie można nie pojechać na ten szczyt. ©℗

Rozmawiał w Kijowie Michał Potocki