Świat przygotowuje się do poważnego kryzysu żywnościowego wywołanego agresją Rosji na Ukrainę. Czy konsekwencje wojny są już w Afryce zauważalne?
Mamy do czynienia z lawiną, która schodzi od dłuższego czasu i zagarnia kolejne obszary. Wzrost cen żywności o kilkadziesiąt procent już się wydarzył. Doszło do niego na przestrzeni ostatniego roku w wyniku pandemii i zakłóceń światowych łańcuchów dostaw. Ceny skoczyły jeszcze bardziej, kiedy zaczęło być trudniej o dostawy pszenicy czy innych produktów z Ukrainy i Rosji. Tanim i łatwo dostępnym zbożem ukraińskim swoje zapasy uzupełniały agendy ONZ, czyli np. Światowy Program Żywnościowy, który prowadzi akcje humanitarne w strefach konfliktu i miejscach zagrożonych klęskami głodu, jak Somalia czy Etiopia. Teraz albo zapasy gromadzone przez te organizacje powoli się kończą, albo są uzupełniane droższymi zamiennikami, ale to powoduje, że nie ma już środków na taką działalność, jaka była przewidziana na ten rok. W państwach Afryki Północnej wszechobecna drożyzna przekłada się na zmianę nawyków żywieniowych. Zdrowa, oparta na kaszy pełnowartościowa kuchnia jest wypierana przez jedzenie śmieciowe.
A co z eksportem z innych regionów świata?
Reklama
Mamy wiele krajów, które wprowadzają ograniczenia eksportowe. Na przykład Indie, jeden z największych producentów żywności, zakazał eksportu swojej pszenicy, co znowu uderzyło przede wszystkim w Bliski Wschód i Afrykę. Jeśli Indie, które są największym na świecie eksporterem ryżu, nałożą ograniczenia również na ten produkt, będzie to kolejne wielkie uderzenie. Cała Afryka Zachodnia stoi na ryżu jako podstawowym pożywieniu. Pamiętajmy, że narażone na kryzys są szczególnie te państwa, które są uzależnione od importu żywności. Same nie produkują jej wystarczająco na własne potrzeby, bo nie mają takich warunków klimatycznych lub po prostu zostały w przeszłości przytłoczone zalewem importowanej taniej żywności ze świata. Niezbędne będą strukturalne zmiany, które pozwolą zwiększyć produkcję na własne potrzeby. Liderem w takich procesach jest np. Nigeria, która doszła w ciągu paru ostatnich lat do samowystarczalności żywnościowej. Tego nie da się jednak zrobić ot tak. To nie jest działanie doraźne, tylko długoterminowe, którego efekty zobaczymy za 5-10 lat.

Reklama
Co robią tamtejsze rządy, by negatywne skutki kryzysu zminimalizować?
Najważniejszym działaniem jest utrzymanie - a nie rezygnacja - z subsydiów. To bardzo ciekawe, bo największe światowe instytucje finansowe, takie jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy, od zawsze wymagały od państw rozwijających się ich znoszenia. Uważały je za metodę niepasującą do liberalnego modelu gospodarki. Jednak w ostatnich tygodniach szefowa MFW zaczęła wręcz namawiać do tego, by rządy subsydiowały żywność i paliwo. To kompletne odwrócenie logiki, która stała zawsze za tą instytucją. Jej przedstawiciele powoli odkrywają, że to dobra metoda łagodzenia skutków kryzysu. Realizowane są oczywiście także inicjatywy regionalne, w które są zaangażowane Afrykański Bank Rozwoju czy Afrykański Bank Eksportowo-Importowy. Uruchamiają różne programy, mające pomóc państwom brać pożyczki czy planować swoje budżety w taki sposób, żeby uwzględniały te zakłócenia.
Rosja promuje w Afryce narrację, że kryzys żywnościowy został wywołany sankcjami nałożonymi przez Zachód. UE i Zachód starają się jej przeciwdziałać. Czyja wersja odbija się na kontynencie szerszym echem?
Opowieść rosyjska trafiła na podatny grunt w państwach arabskich i afrykańskich, które mają doświadczenie kolonializmu i neokolonialnych wpływów dawnych mocarstw europejskich. Dość płynnie przeszły one do przekonania, że Ukraina jest satelitą NATO, czyli satelitą Zachodu, który w sposób ekspansywny napiera w stronę Rosji. Ta z kolei jest państwem, które zawsze wspierało ruchy narodowowyzwoleńcze, było przeciwne kolonializmowi i opierało się imperialistycznej ofensywie ze strony Zachodu. To nie jest oczywiście prawda, ale w taki sposób Rosja opracowuje opowieść o swojej własnej roli w świecie. Bardzo trudno jest to odwrócić.
Zachód jest w stanie się przebić?
Polska dyplomacja od paru miesięcy nie robi w Afryce prawie nic innego, tylko na każdym kroku rozmawia z tamtejszymi liderami i argumentuje, że kryzys jest wynikiem rosyjskiej agresji, a sankcje nie są jego źródłem. Poza tym sankcje obejmują tylko niewielką część eksporterów żywności czy nawozów. To nie jest tak, że nie można ich przez nie kupować. Zresztą sama Moskwa wstrzymała eksport pszenicy na początku wojny. Z własnej, nieprzymuszonej woli, a nie pod wpływem jakiegoś zakazu z zewnątrz. Równie dobrze można by wskazać na własną politykę Rosji, która się do tego kryzysu przyczynia. Ostatnio słychać bardzo wyraźnie głosy, że Kreml odkrył możliwość wywierania nacisku na świat w celu zniesienia sankcji, sztucznie tworząc klęskę głodu. Mówiła o tym wprost szefowa stacji Russia Today Margarita Simonian. Rosja ma historycznie pewne doświadczenia w tej dziedzinie. Mowa o strasznym głodzie w Ukrainie w latach 30. Nie zawahała się wówczas, by do niego doprowadzić. Z jednej strony promuje więc narrację, że to Zachód jest winny klęski głodu, a z drugiej - sama poważnie rozważa, czy widzi pewną korzyść w tym, żeby tę sytuację podsycać. Musimy w rozmowach z partnerami afrykańskimi czy bliskowschodnimi obnażać tę hipokryzję.
Czy zgodnie z powiedzeniem, że gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta, to Chiny mogą teraz wzmocnić swoją pozycję w Afryce?
W tym momencie raczej nie. Chiny nie są ważnym producentem żywności. Są krajem bardzo aktywnym w dziedzinie współpracy rozwojowej czy pomocy humanitarnej. Parę lat temu powstała agencja China Aid, która miała na celu konkurowanie czy wyparcie amerykańskiej organizacji pomocowej USAID. Jednak w przypadku kryzysu żywnościowego Chiny nie mają aż takich narzędzi czy asów w rękawie, które mogłyby Pekin znacząco wzmocnić.
Rozmawiała Karolina Wójcicka