Dwuznaczna polityka Niemiec w kwestii dozbrojenia Ukraińców i brak zdecydowanego stanowiska ws. sankcji m.in. na gaz podkopały zaufanie Europy Środkowej do rządu federalnego. Ale kanclerz Olaf Scholz traci poparcie także wśród niemieckich wyborców. Według najnowszego sondażu Trendbarometer ponad połowa Niemców jest niezadowolona z jego pracy. Zyskują za to politycy Zielonych – Annalena Baerbock i Robert Habeck, którzy opowiadają się za większym wsparciem dla Ukrainy. Politycznym stratom towarzyszą realne – niewysyłanie sprzętu do Kijowa to brak zwiększonych zamówień dla niemieckiej zbrojeniówki. Zapewne w przyszłości Europa Środkowa mniej chętnie będzie kupować niemieckie uzbrojenie. – Niemcy tracą reputację wiarygodnego sojusznika – uważa Justyna Gotkowska z OSW.
Postawa Berlina wobec broniącej się Ukrainy jest ambiwalentna. Z jednej strony ministrowie spraw zagranicznych Annalena Baerbock i gospodarki Robert Habeck z Zielonych wzywają do dostaw broni i pomocy. – Z pewnością powinniśmy byli wspierać Ukrainę militarnie dużo wcześniej i nie mówię tu tylko o dniach czy tygodniach, ale o latach – mówił Habeck w ZDF. Ta pomoc w ograniczonym zakresie płynie, Niemcy przekazali obrońcom ukraińskim ponad 20 tys. hełmów i kilka tysięcy sztuk różnego rodzaju broni przeciwpancernej (m.in. panzerfausty), a także szpital polowy.
Z drugiej strony kanclerz Olaf Scholz z lewicowej SPD zgadza się, że pomagać trzeba, ale według doniesień m.in. „Bilda” blokuje dostawy cięższego rodzaju broni. Także jeśli chodzi o sankcje unijne, Niemcy należą do hamulcowych, bo na natychmiastowym odcięciu gazu straciłby ich przemysł. Jednocześnie były kanclerz Gerhard Schröder, który obecnie pełni funkcję szefa rady nadzorczej rosyjskiego giganta petrochemicznego Rosnieft, w wywiadzie dla „New York Timesa” stwierdził, że „nie można na dłuższą metę izolować takiego kraju jak Rosja, ani politycznie, ani gospodarczo”. Mimo swoich bliskich związków z Władimirem Putinem Schröder wciąż jest członkiem rządzącej Socjaldemokratycznej Partii Niemiec.
Reklama
Niemieckie hamletyzowanie nie pozostaje bez konsekwencji na arenie międzynarodowej. – Niemcy tracą reputację wiarygodnego sojusznika. Szczególnie z perspektywy wschodniej flanki NATO Republika Federalna bardzo straciła na wiarygodności. Oni idą za Stanami Zjednoczonymi, ale na samym końcu – wyjaśnia Justyna Gotkowska z Ośrodka Studiów Wschodnich. – Naciski sojuszników są duże. Biorąc pod uwagę zapowiadane wzmacnianie wschodniej flanki, Niemcy będą musiały zmienić politykę, bo będzie potrzebne również ich zaangażowanie wojskowe – dodaje ekspertka. To wzmocnienie wschodniej flanki zostanie ogłoszone pod koniec czerwca na szczycie NATO w Madrycie. Naciski wywierają szczególnie Amerykanie. Jak mówił nasz informator, jeden z ważnych amerykańskich generałów w Europie wręcz nie mógł uwierzyć w prorosyjskie demonstracje za Odrą.
Niezdecydowanie Scholza i różnice w podejściu do Ukrainy wśród partii koalicyjnych odbijają się także na polityce wewnętrznej. Ponad połowa Niemców chce dostaw ciężkiej broni (m.in. czołgów) do Ukrainy. Kanclerz traci na popularności i według badania RTL/ntv z ubiegłego tygodnia z jego pracy niezadowolonych było 54 proc. ankietowanych, o 4 pkt proc. więcej niż w poprzednim badaniu. Już tylko nieco ponad 40 proc. Niemców uważa, że dobrze wykonuje swoje obowiązki. To prawie o 20 pkt proc. mniej, niż wynosi poparcie dla Baerbock (61 proc.), której oceny wciąż rosną. Tuż za nią w rankingu popularności polityków plasuje się Habeck (58 proc.). Tendencja jest taka, że proukraińscy Zieloni zyskują, a niezdecydowany i wstrzemięźliwy Scholz traci.
Okazji starają się nie zmarnować chadecy pod wodzą Friedricha Merza, który zaproponował, by rząd wspólnie z opozycją stworzył listę uzbrojenia, jakie można dostarczyć Ukrainie. To może zwiększyć tarcia wewnątrz koalicji, choć szanse na zmianę rządu są iluzoryczne i nikt poważny takiego scenariusza nie rozpatruje. Poza utratą reputacji na arenie międzynarodowej i turbulencjami wewnątrzrządowymi na takiej polityce traci również gospodarka, a dokładniej branża zbrojeniowa. Wartość amerykańskiej pomocy militarnej dla Ukrainy jest już liczona w miliardach dolarów i nawet jeśli Amerykanie przekazują sprzęt z własnych zapasów, to będą je uzupełniać, co oznacza, że zarobią ich koncerny zbrojeniowe. Przez nikłe dostawy z Niemiec tamtejsza zbrojeniówka, która należy do największych na Starym Kontynencie, tej szansy nie wykorzystuje.
Ukraina w dużej mierze korzysta ze sprzętu posowieckiego, ale coraz więcej broni płynącej na wschód spełnia standardy natowskie, a w najbliższych miesiącach ten trend się pogłębi. To z kolei będzie oznaczać więcej zamówień dla zachodnich firm, ale raczej nie niemieckich. Utrata wiarygodności sojuszniczej może się przekładać na przyszłe zakupy zbrojeniowe w Polsce. Kilka tygodni temu ogłoszono, że fregatę Miecznik Polska Grupa Zbrojeniowa zbuduje wspólnie z Brytyjczykami. Niemcy nie wygrali tego wartego co najmniej 8 mld zł postępowania, ale też nie byli faworytem. Jeśli jednak w polskim resorcie obrony wróci pomysł zakupu nowych okrętów podwodnych, wtedy jednym z pierwszych wyborów byłby niemiecki ThyssenKrupp Marine Systems. Nieważne, kto będzie rządził w przyszłej kadencji, taki wybór wydaje się obecnie odległy.