Z Alexandrem Hintonem rozmawia Emilia Świętochowska
Alexander Hinton profesor antropologii i dyrektor Ośrodka Studiów nad Ludobójstwem i Prawami Człowieka na Uniwersytecie Rutgersa. Autor m.in. książki „The Justice Facade: Trials of Transition in Cambodia” / Materiały prasowe
Czy wiemy już wystarczająco dużo, aby móc powiedzieć, że zbrodnie popełniane przez Rosjan w Ukrainie to ludobójstwo?
Reklama
To trudne pytanie. Niestety, nie mogę dać na nie prostej odpowiedzi. Wiele zależy od tego, jak zdefiniujemy „ludobójstwo”.
A jest wiele definicji?

Reklama
Tak. Ludzie najczęściej posługują się tym terminem w sposób zdroworozsądkowy: kojarzy im się z Holokaustem, obozami zagłady, masowym unicestwianiem ludzi. Takie rozumienie niekoniecznie jest jednak spójne z prawną definicją ludobójstwa.
Ta zawarta w konwencji ONZ z 1948 r. mówi o czynach „dokonanych w zamiarze zniszczenia w całości lub części grup narodowych, etnicznych, rasowych lub religijnych”. Jest ich pięć, w tym zabójstwo i poważne uszkodzenie ciała.
Zgadza się. Tą definicją posługują się rządy, choć w niektórych miejscach jest ona niejednoznaczna i wymaga mozolnej interpretacji.
Co w niej budzi najwięcej niejasności?
Przede wszystkim słowo „zamiar”, czyli na dobrą sprawę kluczowy element definicji. Jak udowodnić komuś zamiar zniszczenia grupy? Jak ustalić jego próg? Prawnicy mówią jeszcze w tym kontekście o „zamiarze szczególnym”, aby podkreślić, że chodzi o działanie umyślne, ukierunkowane na konkretny cel.
Mamy liczne potwierdzone relacje o masakrze w Buczy, ataku na dworzec w Kramatorsku, zbombardowaniu szpitala położniczego w Mariupolu. To ciągle za mało, by uznać, że sprawcy działali w zamiarze zniszczenia narodu ukraińskiego?
Trzy-cztery tygodnie temu kontrowersyjne było jeszcze stwierdzenie, że Rosjanie popełniają zbrodnie wojenne. Obecnie nikt nie ma już co do tego wątpliwości. Stało się też jasne, że ataki na ludność cywilną to nie tylko zbrodnie wojenne, lecz także - ze względu na ich systematyczny i powszechny charakter - zbrodnie przeciwko ludzkości. Wiemy, że są dokonywane masowe zabójstwa, egzekucje, gwałty. Dziesiątki, a może setki tysięcy ludzi zostało deportowanych. Widzieliśmy zbombardowane szpitale, szkoły, bloki mieszkalne. Zbrodnie wojenne, zbrodnie przeciwko ludzkości, czystki etniczne i ludobójstwo są zaliczane do zbrodni okrucieństwa (atrocity crimes). Mają one wspólne czynniki ryzyka i dynamikę, która sprawia, że jedna prowadzi często do kolejnej: jeśli popełniane są zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciwko ludzkości, to wzrasta prawdopodobieństwo ludobójstwa.
Jakie to czynniki ryzyka?
Mamy wojenny kontekst, próby usprawiedliwiania przemocy koniecznością „denazyfikacji”, twierdzenia Putina i jego wspólników, że ukraińską tożsamość trzeba wymazać. Czynnikiem ryzyka, który zwiększa prawdopodobieństwo ludobójstwa, jest też popełnianie zbrodni okrucieństwa w przeszłości. Oczywiście wiele krajów ma w swojej historii taką kartę, ale w przypadku Rosji jest ona wyjątkowo obszerna, a także całkiem współczesna: Czeczenia, Syria, Gruzja… Co ważne, żaden Rosjanin nie poniósł odpowiedzialności za swoje czyny w Groznym czy w Aleppo. Nikt nie został ukarany. Jest to nie tylko przyzwolenie na zbrodnie, lecz także wzorzec przemocy, który wpływa na działania podejmowane w przyszłości. Jeśli więc założyć, że relacje o okrucieństwach dokonywanych w Ukrainie zostaną zweryfikowane, jest bardzo prawdopodobne, że Rosja dopuszcza się ludobójstwa. Ale to moja ocena jako badacza. Przed sądem wykazanie zamiaru zniszczenia narodu jest bardzo trudne.
Jak udowodnić to Putinowi?
Trzeba wykazać nie tylko sam zamiar, ale również jego przełożenie na czyny. Intencje rosyjskiego prezydenta możemy odczytać z jego przemówień, z wypowiedzi jego współpracowników czy z oficjalnych przekazów medialnych. Putin nie raz mówił publicznie, że „Rosjanie i Ukraińcy to jeden naród”. Władze w Kijowie nazywał „faszystami” i „nazistami”. Kwestionował prawo Ukrainy do własnego państwa. Wiemy, że nie uznaje jej realnego, niezależnego bytu, lecz traktuje ją jak integralną część Rosji. W państwowych mediach przewijają się zaś wezwania do „denazyfikacji” Ukrainy, w których pobrzmiewa echo tez Putina.
Najbardziej dobitny przykład to opublikowany kilka tygodni temu przez agencję RIA Novosti artykuł, w którym został nakreślony plan zniszczenia Ukrainy. Mówi się o konieczności eliminacji jej elit politycznych i reedukacji społeczeństwa, a denazyfikację zrównuje z deukrainizacją.
Mamy zatem przykłady ludobójczego języka. Teraz pojawia się pytanie, w jakim stopniu ta retoryka kieruje działaniami rosyjskich żołnierzy. Wykazanie takich związków to trudne zadanie. Niezbitych dowodów na popełnienie zbrodni ludobójstwa często nie ma. W pierwszej kolejności należy więc potwierdzić doniesienia o przemocy i okrucieństwie płynące z miejsc, z których wycofywały się wojska rosyjskie. Są ludzie, którzy już je weryfikują, ale to wymaga czasu. Trzeba sprawdzić, czy da się uchwycić wzorce i systematyczność w działaniu Rosjan. Jeśli przechwycono komunikację wojskową, to niewykluczone, że można w niej znaleźć rozkazy, w których słychać echo wypowiedzi Putina i innych ludzi związanych z Kremlem.
Rozumiem, że bez takich dowodów ktoś mógłby argumentować, że nawołując do „denazyfikacji” Ukrainy, Putin nie zmierza do unicestwienia narodu, lecz chce zmobilizować społeczne poparcie dla wojny albo nakłonić rząd w Kijowie do kapitulacji?
Mogłoby tak być, gdyby nie to, że jeszcze na długo przed wybuchem wojny Putin publicznie opowiadał, że Ukraińcy nie są odrębnym narodem, a ich tożsamość jest czymś wyobrażonym. W 2021 r. napisał esej, w którym ujawnił swoje imperialistyczne ambicje; przekonywał w nim, że historycznie i kulturowo Ukraina zawsze należała do Rosji, że w 1991 r. została jej bezprawnie odebrana - i teraz czas odzyskać te tereny. I każdy, kto się z tą oceną nie zgadza, jest dziś dla Putina nazistą. To mi przypomina, jak w czasie Wielkiego Głodu w Ukrainie wyzywano bogatszych chłopów od kułaków. Sztucznie stworzono klasę wyzyskiwaczy, którą obwiniono o porażkę kolektywizacji.
ONZ szacuje, że w wojnie zabito do tej pory ponad 2 tys. cywilów. Czy liczba ofiar śmiertelnych ma jakieś znaczenie, gdy próbujemy ustalić, czy zbrodnia była ludobójstwem?
To znowu zależy od definicji. Na zdrowy rozum kojarzymy ludobójstwo z wielką skalą. Konwencja ONZ mówi z kolei o „zniszczeniu całości lub części grupy”. Co to dokładnie oznacza, jest kwestią interpretacji. Panuje konsensus, że nie musi chodzić o wszystkich członków grupy, lecz znaczącą część.
Czyli?
Ludobójstwem byłaby np. próba zabicia wszystkich mężczyzn w wieku poborowym. Natomiast zabicie 50 osób z 20-milionowej populacji z powodu tego, kim są, już nie mieściłoby się w definicji z konwencji. Nie powinniśmy się jednak skupiać tylko na zabójstwach. Mamy przecież doniesienia o tym, że agresorzy uprowadzili 2-3 tys. ukraińskich dzieci z terenów okupowanych i deportowali je w głąb Rosji. Tam docelowo mają one zostać adoptowane przez nowe rodziny. Mają się stać Rosjanami, ich ukraińska tożsamość ma zostać wymazana. Już sam ten czyn podpada pod konwencję, która jako zbrodnię ludobójstwa kwalifikuje też „przymusowe przekazywanie dzieci członków grupy do innej grupy”. Widzę tu analogię do tego, jak w Kanadzie i USA odbierano dzieci rdzennym mieszkańcom i umieszczano je w szkołach z internatem.
Które miały za zadanie wykorzenić ich język i kulturę.
Tak. Docierają do nas też relacje o masowych gwałtach i innych formach przemocy seksualnej, która ma na celu uniemożliwienie biologicznej reprodukcji Ukraińców. Jeśli zostaną potwierdzone, to zbrodnie te również mogą spełniać kryteria konwencji. Tak było w przypadku ludobójstwa w Rwandzie w 1994 r. Brutalna, masowa przemoc seksualna wobec kobiet była jedną z podstaw skazania przywódców Hutu przez Międzynarodowy Trybunał Karny. Jednak moim zdaniem istotę ludobójstwa najlepiej oddaje definicja twórcy tego pojęcia Rafała Lemkina. Jest ona szersza niż ta zawarta w konwencji ONZ. Zgodnie z tą koncepcją ludobójstwem są działania podejmowane nie tylko w celu fizycznej eksterminacji narodu czy grupy etnicznej, lecz także w celu zabicia jego ducha - zduszenia kultury, instytucji, sposobu życia ludzi. Aby zniszczyć grupę, nie trzeba zabijać każdego jej członka. Można to zrobić poprzez wymazanie jego tożsamości. Twierdzenia Putina o tym, że naród ukraiński nie istnieje, mocno się w tę definicję wpisują.
Uważa pan, że definicja ludobójstwa zawarta w konwencji ONZ powinna zostać zaktualizowana?
Gdybyśmy zaczęli dziś przy niej majstrować, to tylko otworzylibyśmy puszkę Pandory. Mogłoby się skończyć tym, że ludobójstwo ostatecznie w ogóle przestałoby być kryminalizowane. Lepiej więc konwencji nie ruszać i pozostawić definicję w obecnym kształcie, choć sam napisałbym ją inaczej.
Jak?
Wolałbym, aby nawiązywała do wspomnianej oryginalnej koncepcji Lemkina z 1946 r., która uwzględniała też ludobójstwo kulturowe. Podobnie jak wielu badaczy uważam też, że lista grup chronionych w konwencji jest zbyt selektywna. Powinna ona obejmować wszystkie grupy, które mogą być atakowane ze względu na swoją tożsamość. Zasługi Lemkina dla prawa międzynarodowego są ogromne, choć nie ze wszystkim, co zrobił, się zgadzam.
Z czym pan się nie zgadza?
Lemkin był uwikłany w USA w pewną kontrowersję. W grudniu 1951 r., trzy lata po przyjęciu konwencji, grupa czarnych Amerykanów, głównie o komunistycznych sympatiach, wystąpiła do ONZ z petycją, w której oskarżała Stany Zjednoczone o ludobójstwo. Był to imponujący tekst - jego autorzy na 240 stronach udokumentowali tysiące zabójstw, linczów, pobić, aktów terroru i innych przypadków przemocy wobec członków czarnej społeczności; przedstawili wiele danych na temat ciężkich warunków ich życia i złego traktowania. Starannie uzasadnili swoje zarzuty na gruncie prawa międzynarodowego. Działo się to w specyficznym momencie w historii USA, w czasie zimnowojennej „czerwonej paniki”. Lemkin walczył wówczas o to, by Stany Zjednoczone ratyfikowały konwencję ONZ. Jego wysiłki spotkały się jednak z dużym oporem - zwłaszcza wśród demokratów z południa, którzy obawiali się, że USA mogłyby zostać oskarżone o ludobójstwo swojej czarnej populacji (Stany Zjednoczone ostatecznie ratyfikowały konwencję w 1988 r. - red.). Nie chcąc antagonizować Amerykanów, Lemkin publicznie zdyskredytował petycję. Oznajmił, że to polityczny fortel komunistycznych aktywistów, który ma odwrócić uwagę od ludobójstwa popełnianego przez Związek Radziecki w krajach bałtyckich. Przekonywał, że lincze były czynami wymierzonymi w jednostki, a nie działaniami podejmowanymi w celu zniszczenia rasy. To niefortunne stwierdzenie, jeśli wziąć pod uwagę, że lemkinowska definicja ludobójstwa była w dużej mierze zgodna z duchem petycji.
Mamy mocne podstawy, by twierdzić, że Rosja popełnia w Ukrainie zbrodnie przeciwko ludzkości. To oznacza, że społeczność międzynarodowa, zaczynając od ONZ, ma obowiązek zareagować, by chronić ludność cywilną. Może zastanawianie się, czy dochodzi dziś do ludobójstwa, nie jest aż tak istotne?
I tak, i nie. Kwalifikacja prawna jest oczywiście ważna z perspektywy odpowiedzialności karnej sprawców. „Ludobójstwo” to również termin o potężnym ładunku moralnym. Przywodzi na myśl Holokaust i ideę „nigdy więcej”. Gdy jednak dany czyn nazwiemy ludobójstwem, nakaz zareagowania staje się bardziej przemożny, pilniejszy, ale to problematyczne podejście.
Dlaczego nakaz reagowania miałby się wtedy stawać silniejszy?
No właśnie. Jakby okrutne ataki, masowe ostrzeliwanie budynków mieszkalnych nie były wystarczająco poważne, jeśli nie nazwiemy ich „ludobójstwem”. Skoro się zgadzamy, że w Ukrainie są popełniane zbrodnie okrucieństwa, to konkretna etykietka nie ma dzisiaj dużego znaczenia. Społeczność międzynarodowa ma w tej sytuacji obowiązek podjąć działania, by chronić ludność cywilną. W przeszłości nierzadko budziły one kontrowersje - jak w przypadku reakcji na przemoc wobec przeciwników reżimu w Libii w 2011 r. (odpowiedź NATO była źródłem sporów i jest wiele dowodów, że wojska Kadafiego dopuszczały się zbrodni okrucieństwa mimo interwencji Sojuszu - red.). Niemniej obowiązek ochrony pozostaje ważną normą międzynarodową. Inny problem polega na tym, że „ludobójstwo” stało się narzędziem politycznym.
Dlaczego?
Rządzący sięgają po nie, by wywołać wzmożenie moralne, zmobilizować poparcie społeczne. Nie jest to zresztą nic nowego. Pojęcie „ludobójstwa” jest uwikłane politycznie od lat 40. Wielkie mocarstwa od początku walczyły o to, by zdefiniować je zgodnie ze swoimi interesami - tak, by zminimalizować czy zamaskować własne zbrodnie. Wielu przywódców używało terminu „ludobójstwo”, by grozić innym państwom czy scharakteryzować działania swoich wrogów.
Jak Władimir Putin, który uzasadniając inwazję, dowodził, że „reżim w Kijowie dokonuje ludobójstwa w Donbasie”, co oczywiście było bezpodstawnym oskarżeniem.
Z drugiej strony zaprzecza zaś własnym zbrodniom lub je umniejsza. Podobnie jak Chiny zaprzeczają twierdzeniom ekspertów, że systematyczna przemoc wobec Ujgurów jest ludobójstwem.
Władze Mjanmy odrzucają zaś oskarżenia dotyczące zbrodni popełnianych wobec ludności Rohingja. Obecnie trwa międzynarodowe dochodzenie w sprawie ludobójstwa.
Jest sporo dowodów na to, że miało ono miejsce. Ludzie często myślą o ludobójstwie jako o niezwykle rzadkim, makabrycznym zdarzeniu, które przypomina horror Auschwitz. W rzeczywistości jest ono znacznie częstsze, niż się zwykle uważa. Ludobójstwo było - i jest - dokonywane w wielu miejscach na świecie. Towarzyszy wielu momentom historii. Spójrzmy na kontekst amerykański i dzieje osadnictwa kolonialnego: systematyczna przemoc wobec rdzennej ludności była tam rozpowszechniona.
Jak według pana powinno wyglądać postępowanie karne przeciwko Rosji w sprawie zbrodni w Ukrainie? Lepiej, by zbadały je krajowa prokuratura i sądy czy ciało międzynarodowe?
W wariancie idealnym powstałby międzynarodowy trybunał. Oczywiście przeszkodą jest to, że Rosja jest stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ i ma prawo weta. Ale zgodnie z zasadą jurysdykcji uniwersalnej, która obowiązuje w przypadku zbrodni okrucieństwa, mogą one być ścigane w każdym państwie na świecie. Można też wnieść oskarżenie przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym, nawet jeśli natychmiastowe wytoczenie procesu sprawcom nie wchodzi w grę. Takie postępowania zawsze dobrze jest przenieść do innego państwa, aby uniknąć podejrzeń, że będą stronnicze. Choć z pewnością sądy krajowe też mają rolę do odegrania. Inna opcja to trybunał hybrydowy, w którego skład wchodziliby prawnicy ukraińscy i zagraniczni eksperci.
Postępowania przed międzynarodowymi trybunałami w sprawie zbrodni okrucieństwa trwają długo, a sprawcy często umierają, zanim uda się ich postawić w stan oskarżenia.
To prawda. Od wielu lat prowadzę badania na temat zbrodni Czerwonych Khmerów w Kambodży, zeznawałem też jako świadek przed międzynarodowym trybunałem, który je osądzał. Nuon Chea, zastępca Pol Pota, tzw. Brat Numer Dwa, usłyszał wyrok skazujący ponad trzy dekady po tym, jak stracił władzę. W niektórych przypadkach możliwe było pociągnięcie sprawców do odpowiedzialności w kraju. Wiadomo, że w Rosji z Putinem u władzy nie ma o tym mowy. Ale świat się zmienia. Może kiedyś nadejdzie też sądny dzień dla Putina i jego wspólników. Nie powiedziałbym, że to prawdopodobne, ale i nie odrzucam tej możliwości.
Przeczytałeś ten artykuł, zapraszamy do udziału w badaniu

Podziel się opinią na temat tekstów z Dziennika Gazety Prawnej. Wypełnij ankietę i odbierz prezent e-book: Kodeks Kierowcy. Zmiany 2022