Niki Proshin, bloger z Sankt Petersburga. Prowadzi kanał na YouTubie, na którym opowiada o życiu w Rosji. / Media
Od czwartku w Rosji trwają protesty przeciwko wojnie, którą prezydent Władimir Putin prowadzi w Ukrainie. Dlaczego zdecydowałeś się w nich uczestniczyć?
Chodzę na nie, żeby transmitować je w internecie i pokazywać ludziom, co się naprawdę dzieje. Również tym za granicą, którzy wrzucają wszystkich Rosjan do jednego worka. To nie jest tak, że wszyscy popierają działania przeciwko Ukrainie. Postanowiłem wykorzystać moje największe źródło dochodów, czyli media społecznościowe, by inni mogli zobaczyć skalę demonstracji w Sankt Petersburgu. Byłem tam w czwartek, piątek i poniedziałek. Muszę jednocześnie zaznaczyć, że zawsze stoję z boku. Nie chcę narażać się na aresztowanie.
Reklama
W jaki sposób te protesty są organizowane, żeby zminimalizować ryzyko rozbicia przez policję?
Przede wszystkim nie ma osób, które oficjalnie opowiadałyby za ich organizację. Pierwszego dnia ludzie po prostu zaczęli wrzucać do mediów społecznościowych jeden obrazek. Nie było na nim żadnego napisu, wyłącznie kilka emotikonek. Każdy Rosjanin był jednak w stanie odczytać ten szyfr, dowiadując się, gdzie i o której godzinie demonstracja się odbędzie. Wydaje mi się, że ludzie, którzy je udostępniali, poniosą konsekwencje. Policji nie uda się tak łatwo protestów zatrzymać, ale aresztowanie uczestników jest już jak najbardziej osiągalne. Za kraty nie trafią na dzień czy miesiąc. W więzieniu spędzą zdecydowanie więcej czasu. Mimo to każdego dnia dołącza coraz więcej osób. W poniedziałek w Sankt Petersburgu protestowano już nie tylko w jednym miejscu, ale w kilku naraz. W całym kraju odnotowaliśmy ok. 5–6 tys. zatrzymań. Niektórzy są aresztowani, inni dostają mandaty. To naprawdę bardzo duża liczba, bo policja interweniuje wyłącznie w przypadku osób, które demonstrują najbardziej aktywnie.

Reklama
W demonstracjach biorą udział wyłącznie młodzi ludzie?
Pierwszego dnia protestów dookoła widziałem głównie młodych. Osoby pomiędzy 20. a 30. rokiem życia. W poniedziałek sytuacja się zmieniła. Przyszło sporo starszych ludzi. Pojawiły się nawet nasze rosyjskie babuszki. Dla nich jest to bardzo dziwna sytuacja. Kiedy jest się młodym, łatwo pewne rzeczy rzetelnie przeanalizować i nie wierzyć w to, co mówią rosyjskie media. Zwykle młodsze pokolenia w ogóle do nich nie sięgają. Za to babuszki zaciekle oglądają państwową telewizję. Na początku nie były więc w stanie dowiedzieć się, co naprawdę się dzieje. Zajęło im kilka dni, by zrozumieć, o co chodzi, i wyjść na ulice.
Co się zmieniło przez te kilka dni, że babuszki zmieniły swoje podejście?
Wydaje mi się, że największą rolę odgrywają tu dwa czynniki. Pierwszym z nich są dzieci i wnuki. Na bieżąco opowiadają bowiem swoim babuszkom, co się dzieje w Ukrainie. Oczywiście trzeba liczyć się z tym, że część i tak nie uwierzy. Wielu moich znajomych pisze w internecie, że ich rodziców czy dziadków nie da się przekonać. Jeden chłopak, który jest dziennikarzem i pojechał do Ukrainy, pisał, że ojciec nie wierzy w rzeczy, o których mu opowiada. A przecież widzi je w Ukrainie na własne oczy! Drugą sprawą jest to, że większość Rosjan – szczególnie starszych – ma rodzinę w Ukrainie. Wszystko dlatego, że w Związku Radzieckim bardzo powszechną praktyką było studiowanie w jednym miejscu, a pracowanie w innym, często położonym na terytorium jednej z republik, jak Ukraina czy Białoruś. Wiele osób wciąż więc tam mieszka i dzięki temu stanowi niezawodne źródło informacji dla swojej rodziny w Rosji.
Media obiegły też informacje, że grupy hakerskie włamały się do rosyjskiej telewizji i emitowały nagrania z Ukrainy.
Nic o tym nie słyszałem. Wiem za to, że zostały zhakowane strony internetowe niektórych mediów. Umieszczono na nich wiadomości z Ukrainy. Wydaje mi się jednak, że najciekawsza sytuacja miała miejsce na stronach internetowych, na których Rosjanie za darmo oglądają filmy i seriale. Nie płacą, ale muszą przez to oglądać reklamy. Zwykle są to filmiki promujące kasyna internetowe czy zakłady bukmacherskie. Od kilku dni zamiast nich są puszczane informacje o działaniach Rosji w Ukrainie. Nie wiem, kto to organizuje. Przekaz dotarł jednak do szerokiego grona odbiorców, bo w Rosji te strony są niezwykle popularne. Poza tym Rosjanie uwielbiają niektórych ukraińskich celebrytów. To osoby, które w samym internecie śledzi często ponad 5 mln osób. W dodatku w większości obywatelstwa rosyjskiego. Wśród nich jest np. Anton Ptuszkin z Ługańska. Ci ludzie nagrali apele do Rosjan. Część z nich także jest wyświetlana na wspomnianej stronie z filmami.
Przed bankomatami w Rosji ustawiły się wielkie kolejki. To znaczy, że faktycznie do większości Rosjan dotarły informacje o agresji Putina?
Niekoniecznie. Rosjanie nie stoją w kolejce po ruble. Do nich dostęp jest łatwy, wystarczy pójść do jakiegokolwiek bankomatu. Wszyscy próbują zdobyć dolary. Sam chciałem to zrobić. Nie udało mi się, bo kolejki do bankomatów, z których można wyciągnąć pieniądze w innej walucie, są niesamowicie długie. Do stania w nich ludzi zachęca bardzo prosta kalkulacja. Wystarczy spojrzeć na ostatnie 20 lat historii rubla. Nieważne, kiedy kupisz dolary – jeśli będziesz je trzymać przez pięć lat, zyskasz sporo pieniędzy. Nie ma również znaczenia, ile teraz zapłacisz za dolara. I tak za pięć lat będziesz bogatszy. Większość ludzi pamięta, co działo się w 2008 r. Ja co prawda byłem wtedy dzieckiem, ale z kolei wydarzenia z 2014 r. dla mojego pokolenia nie są już obce. W końcu działy się zaledwie osiem lat temu. Rubel stracił wtedy 100 proc. swojej wartości w porównaniu z większością zagranicznych walut. Wiele osób uważa, że teraz może wydarzyć się to samo. Niezależnie od tego, jak postrzegają działania Rosji i który przekaz do nich dociera. Nie rozumieją tych wszystkich zawirowań finansowych. Swoje działania opierają po prostu na wspomnieniu tego, co się wówczas wydarzyło. Myślą, że wyciąganie pieniędzy z bankomatu jakoś im pomoże.
Jesteś blogerem, który zarabia dzięki aktywności na zachodnich platformach internetowych, jak np. YouTube. Z jakimi konsekwencjami możesz się spotkać w związku z sankcjami, które Zachód nałożył na Rosję?
Ktoś taki jak ja, czyli bloger, który pracuje w Rosji, ale publikuje swoje treści na YouTubie czy TikToku, otrzymuje wynagrodzenie w dolarach. Ze względu na sankcje, które zostały nałożone na rosyjskie banki, nie da się już tak łatwo przelać środków z tych platform na konta rosyjskich twórców. Ci, dla których jest to główne źródło dochodu, znajdą się w trudnej sytuacji. Nie jest to oczywiście niemożliwe do obejścia, ale będzie się trzeba nagimnastykować. Ja jednak nie do końca się martwię, bo zawsze będę mógł przerzucić się na nauczanie angielskiego czy innych języków, którymi się posługuję.
Czego boją się zwykli Rosjanie?
Wszyscy bardzo dużo mówią o potencjalnych skutkach obecnej sytuacji. Właściwie w przestrzeni publicznej istnieją teraz tylko dwa tematy – konflikt z Ukrainą i sytuacja gospodarcza. Nie wiemy jednak, co się wydarzy za kilka dni. Jest zbyt wiele niewiadomych, więc z tych wszystkich rozmów nie wynikają żadne konkretne obawy.
A co mówią media?
Nie oglądam telewizji. Śledzę konta niezależnych mediów i poszczególnych dziennikarzy na Telegramie (komunikator internetowy – red.). Dzielą się tym, co dzieje się w Ukrainie, korzystają z różnych źródeł. Mamy w Rosji sporo dziennikarzy, którzy znani są z tego, że robią rzetelny fact-checking. Ludzie im ufają, więc ja też ich śledzę. Czasami porównuję to, co piszą, z zagranicznymi mediami. Jak dotąd żadna informacja nie mijała się z prawdą.
Tylko młodzi ludzie śledzą takie profile?
Nie. Dostępu do takich informacji nie ma wyłącznie ta część społeczeństwa, która nie używa Telegramu, ale każdy, kto ma dostęp do internetu, prędzej czy później dostrzega ich konta. Mój ojciec je śledzi, a ma ponad 50 lat. Poza nim znam wiele osób, niekoniecznie z mojej rodziny, które są starsze, a i tak są na bieżąco z niezależnym dziennikarstwem.
Praca dziennikarzy, szczególnie w obecnej sytuacji, wiąże się z ogromnym ryzykiem. Czy doświadczają nagonki?

Na razie jedna z rządowych instytucji poinformowała, że media mają czerpać informacje wyłącznie z wewnętrznych źródeł, a prowadzoną wojnę należy określać mianem „operacji militarnej”. To dla nich ważne, bo społeczeństwo inaczej zareaguje, jeśli nazwie się coś „operacją”, a nie „wojną”. Niemniej jednak niezależni dziennikarze nie spotykają się na ten moment z jakąś ogromną presją ze strony władzy. ©℗
Rozmawiała Karolina Wójcicka