Reklama
Jedno jest pewne: Biden to nie Trump. Czas ogłaszania inicjatyw dyplomatycznych za pomocą Twittera skończył się bezpowrotnie. Raczej nie mamy się już co spodziewać także „listów miłosnych” z innymi przywódcami, vide korespondencja poprzednika Bidena z Kim Dzong Unem. „Nawet teraz nie mogę zapomnieć tej chwili, kiedy trzymałem pewnie rękę Waszej Ekscelencji, podczas gdy cały świat spoglądał z zainteresowaniem i nadzieją” – napisał do ówczesnego lokatora Białego Domu pod koniec grudnia 2018 r. północnokoreański przywódca. Takich smaczków już raczej nie będzie.
Pod wieloma względami Biden kontynuuje jednak politykę swojego poprzednika. Wojna handlowa z Chinami trwa w najlepsze, chociaż nie zajmuje już pierwszych stron gazet. Biden podziela też niechęć poprzednika do „niekończących się wojen”, stąd wyjście z Afganistanu – krok, który chciał wykonać już Trump, ale który wyperswadowali mu doradcy. Zbieżności nie wynikają jednak z podobieństwa charakterów czy poglądów, ale zgody co do pewnych priorytetów polityki zagranicznej.
Oczywiście są też różnice. Nowy prezydent obiecał, że będzie kładł znacznie większy nacisk na współpracę międzynarodową. W tym celu zapisał Stany Zjednoczone ponownie do paryskiego porozumienia klimatycznego i wycofał wniosek o wystąpienie ze Światowej Organizacji Zdrowia. Pierwszą podróż zagraniczną odbył do Europy, aby poprawić relacje z europejskimi partnerami poniewieranymi przez Trumpa. Biden, w przeciwieństwie do swojego poprzednika, nie podaje w wątpliwość sensu istnienia NATO czy amerykańskich obligacji wynikających z artykułu 5, a Unii Europejskiej nie nazywa konkurentem. Wyrazem przywiązania do wielostronnego uprawiania polityki międzynarodowej był również Szczyt dla demokracji.
Amerykański multilateralizm ma jednak swoje granice, zwłaszcza kiedy w grę wchodzą interesy postrzegane w Waszyngtonie jako bardziej priorytetowe. Przekonaliśmy się o tym boleśnie w pierwszej połowie ubiegłego roku, kiedy administracja Bidena nie zdecydowała się na nowe sankcje w związku z budową gazociągu Nord Stream 2. Był to gest w stronę Berlina, postrzeganego jako kluczowy sojusznik w nadciągającej konfrontacji z Chinami. Jeszcze twardszej lekcji Amerykanie udzielili Francuzom, włączając Australię w swój program budowy okrętów podwodnych z napędem atomowym, skutkiem czego Paryż stracił lukratywny kontrakt na dostawę takich jednostek (chociaż z napędem konwencjonalnym) dla Canberry. Niezbyt skoordynowane z sojusznikami z NATO było również wyjście z Afganistanu.
Chaos, jaki nastąpił po ewakuacji sił amerykańskich i Sojuszu, położył się długim cieniem na bilansie pierwszego roku Bidena w Białym Domu. Gdyby rząd w Kabulu utrzymał się kilka miesięcy dłużej, być może odbiór całej sytuacji byłby nieco inny. Natychmiastowy upadek obnażył jednak słabość 20-letniej obecności Ameryki w Afganistanie, a adwersarzom zapewnił propagandowe paliwo do realizacji własnych celów. Nie trzeba było długo czekać, by chińskie media zaczęły mieszkańcom Tajwanu zadawać pytanie: jeśli sytuacja w oddzielającej nas cieśninie zrobi się gorąca, to jaką macie pewność, że Waszyngton was też nie zostawi?
Biden zakończył również trwający od czasów Baracka Obamy proces przerzucania ciężaru amerykańskiej polityki zagranicznej z Atlantyku na Pacyfik. Powód jest prosty: Chiny. Nikt w Waszyngtonie nie ma wątpliwości, że w XXI w. będzie to najważniejszy adwersarz Ameryki. W związku z tym Biden z nową energią zabrał się do budowania nowych sojuszy w Azji, które mają stanowić przeciwwagę dla Chin. Format QUAD uwzględnia Indie, Japonię i Australię. Format AUKUS dokoptowuje do sojuszu z Wielką Brytanią Australię.
Obama chciał skoncentrować się na Chinach, ale do Europy niespodziewanie ściągnął go Putin agresją na Ukrainę. Dzisiaj mamy powtórkę z historii, ale Amerykanie na szczęście nie zamierzają Rosjanom ustępować. Nikt nie mówi o „resecie”, ale też na razie nie wygląda na to, żeby rozmowy z Kremlem zmierzały w dobrym kierunku. Zagrożenie ze strony Rosji w najbliższym czasie będzie dla Bidena największym wyzwaniem.
Podobnie jak Trump i do pewnego stopnia Obama – Biden traktuje Bliski Wschód jako obszar malejącego zainteresowania ze strony Ameryki. Nie znaczy to oczywiście, że Waszyngton zaraz zniknie z Zatoki Perskiej – wręcz przeciwnie. Chociaż 9 grudnia Amerykanie ogłosili, że ich misja bojowa w Iraku dobiegła końca, to w kraju wciąż na misji szkoleniowej przebywa 2,5 tys. żołnierzy (i nie ma na razie planów, żeby ich stamtąd wycofać – podobnie jak 900-osobowego kontyngentu z Syrii). Waszyngton nie jest bezpośrednio zaangażowany w rozmowy z Iranem, ale Biden wielokrotnie wspominał, że zależy mu na powrocie do porozumienia nuklearnego z tym krajem zawartego w 2015 r. i zerwanego przez Trumpa. Diabeł jednak tkwi w szczegółach.
Z jednej strony Biden chce kontynuować politykę Trumpa względem Izraela, z drugiej pokazuje jednak granice poparcia, czego wyrazem jest chociażby wpisanie izraelskiej firmy NSO (twórców niesławnego Pegasusa) na czarną listę. Biden wyciągnął również rękę do Palestyńczyków, przywracając stosunki z Autonomią.