Baerbock jest w prostej linii kontynuatorką polityki Angeli Merkel i Gerharda Schrödera. Polityki, która – nie wiedzieć czemu – zakłada, że Kreml można przekonać do przyjęcia zachodnich reguł gry. Efekty tego błędnego założenia są doskonale znane. Schröder przez lata przekonywał, że gazociąg północny to tylko biznes, a nie polityka. Dziś zbieramy owoce tego podejścia, śledząc rosnące rachunki za gaz. Merkel z kolei zapewniała, że blokowanie przyznania Gruzji i Ukrainie Planu Działań na rzecz Członkostwa w NATO (MAP) zapewni Europie pokój i udobrucha Władimira Putina. W kwietniu 2008 r. na szczycie Sojuszu w Bukareszcie to ona doprowadziła do zablokowania MAP dla Kijowa i Tbilisi. Mimo nacisków ówczesnego prezydenta Polski Lecha Kaczyńskiego i szefa dyplomacji Radosława Sikorskiego, przesunęła rozmowy o MAP na grudzień 2008 r.
Te kilka miesięcy wystarczyło Rosji, żeby w sierpniu tego samego roku najechać Gruzję i zamknąć temat rozszerzenia Sojuszu. Polityka Baerbock doskonale wpisuje się w ten trend. Brak zdecydowanych kroków, ogólne zapewnienia, że Kreml zapłaci wysoką cenę za ewentualny atak, nawet jeśli miałoby to oznaczać straty gospodarcze dla RFN, daje Rosji czas i przybliża nas do otwartego konfliktu. Rosjanie nie chcą dialogu, który oferuje im Niemka. Dali tego dowód, wysyłając do NATO i USA w połowie grudnia 2021 r. dwa projekty porozumień. Zawarte tam propozycje nie były nawet punktem wyjścia do rozmów. Przyjęcie któregokolwiek z nich musiałoby oznaczać kapitulację Zachodu. Sami Rosjanie nie ukrywali zresztą, że dokumenty powstały tylko po to, by Zachód je odrzucił i ustawił się w roli tego, który odpowiada za wybuch konfliktu.