Reklama
W poniedziałek minister spraw zagranicznych Niemiec Annalena Baerbock odwiedziła Kijów, we wtorek Moskwę. Czy ta kolejność to znak, że niemiecka polityka zagraniczna się zmienia i już nie jest tak „wyrozumiała” dla Rosji?
To może nie jest znak zmiany, ale po prostu rozsądku. Ta kolejność ma pokazać to, o czym już wcześniej mówili niemieccy politycy, m.in. Angela Merkel: jak będziemy rozmawiać z Moskwą, to nie ponad głowami naszych partnerów z Europy Środkowej. To ujęto wtedy w ten sposób, że „lot do Moskwy ma być z przystankiem w Warszawie”. Choć tamta obietnica nie została dotrzymana, to najwyraźniej teraz stosuje się ją wobec Kijowa. Najpierw uzgadniamy czy przekazujemy nasze stanowisko, potem rozmawiamy z Rosją. Ten gest jest ważny, zwłaszcza jeśli praktyka będzie kontynuowana. Gdyby tego nie zrobiła, krytyka byłaby duża.
Jednak w Kijowie Baerbock jasno powtórzyła, że nie ma zgody na sprzedaż Ukrainie niemieckiej broni. To mocno kontrastuje choćby z polityką Londynu - w poniedziałek na Ukrainie wylądowały dwa brytyjskie samoloty C-17 z dostawami broni przeciwpancernej.
Trzeba odróżnić niemiecką sferę gestów i realpolitik. W tej pierwszej Baerbock zachowała się nienagannie, zapewniła o solidarności. Ale w tej drugiej oznajmiła, że z powodu historii i niemieckich regulacji dotyczących dostarczania broni w rejony konfliktu dostaw uzbrojenia nie będzie. Nawet takiego służącego do obrony. W mediach społecznościowych zaczęto się wręcz z tego śmiać - ludzie zastanawiali się, jak to jest, że Niemcy tworzyli centrum szkoleniowe dla wojsk pancernych w rosyjskim Mulino, z którego to projektu wycofali się dopiero w 2014 r., a nie mogą sprzedać broni Ukrainie. Trudno nie zauważyć tu niekonsekwencji.
Berlin sprzedaje też broń Arabii Saudyjskiej, która jest używana w konflikcie w Jemenie.
Dokładnie. Ten argument też był podnoszony. Dochodzi też Egipt - trudno uznać, że w tych krajach ta broń nie jest używana podczas konfliktów.
Baerbock przyjeżdża więc do Kijowa i mówi o solidarności, ale sprzedaży broni odmawia. Z drugiej strony na tle niemieckich polityków i tak jawi się jako jastrząb.
Przy ocenie niemieckich działań trzeba zaznaczyć, że na forach międzynarodowych, jak Sojusz Północnoatlantycki, UE czy OBWE, Niemcy działają wspólnie z partnerami i nie blokują inicjatyw przeciwnych agresji rosyjskiej. Wpisują się w działania sojusznicze, gdzie wspólnie nakreślane są czerwone linie. Poddają się często dla nich niewygodnym rozwiązaniom. Jednak w kontekście bilateralnym na pewno nie prowadzą ostrej polityki w stosunku do Rosji.
Dr Anna Kwiatkowska kierowniczka Zespołu Niemiec i Europy Północnej w Ośrodku Studiów Wschodnich / Materiały prasowe
W ocenie działań Baerbock ważny jest punkt referencyjny. Jeśli spojrzymy na niemiecką scenę polityczną, to faktycznie jest ona jastrzębiem. Gdyby to Zieloni mieli pełną władzę, Nord Stream 2 pewnie byłby zamrożony, a wicekanclerz Robert Habeck wysyłałby nawet broń defensywną Ukrainie. Być może wtedy potencjalne sankcje obejmowałyby również system finansowy SWIFT. Ale nie mają i dlatego takich działań nie będzie. Wystarczy spojrzeć na ich koalicjantów - prominentnych polityków socjaldemokracji, jak choćby minister obrony Christine Lambrecht, szefa klubu parlamentarnego Rolfa Muetzenicha czy sekretarza generalnego Kevina Kühnerta albo nawet kanclerza Olafa Scholza, którzy potrafią się wypowiedzieć w sposób kuriozalny, mówiąc m.in. o tym, by nie włączać gazociągu Nord Stream 2 w konflikt na Ukrainie. Scholz ostatnio stwierdził, że NS2 to projekt prywatny i gospodarczy, a Kühnert wręcz insynuował, że konflikt na Ukrainie jest wywołany po to, by pozbyć się niewygodnego dla Zielonych projektu, jakim jest NS2. To zadziwia i na tym tle Baerbock na pewno wygląda lepiej.
Tu na marginesie można odnotować, że Friedrich Merz, nowy szef opozycyjnej CDU, jest za jakąś formą włączenia NS2 w katalog sankcji, mimo że chadecja przez lata gazociągu broniła. On popiera też dostarczanie broni ofensywnej Ukrainie.
Jeszcze kilka lat temu za Odrą takie głosy jak Baerbock czy Merza byłyby nie do pomyślenia, praktycznie cały mainstream polityczny był jedną wielką rodziną „Russlandversteher”. Nie ma pani wrażenia, że jednak coś się zmienia i ta debata przechodzi na pozycje nieco bardziej antyrosyjskie?
Zdecydowanie. Od lat widzimy przesuwanie się dyskursu politycznego i społecznego w stronę dużej ostrożności w stosunku do Rosji. W jednym z ostatnich badań społecznych DeutschlandTrend 73 proc. ankietowanych jest zdania, że Moskwie nie można ufać - a to przekłada się także na politykę.
Co nie zmienia faktu, że w tym samym badaniu 60 proc. ludzi jest za uruchomieniem Nord Stream 2.
Ta schizofrenia trwa, ponieważ do opinii publicznej Niemiec nie przebiło się to, że Rosja używa gazu jako broni i instrumentu nacisku politycznego.
Przeżyłam ostatnio déjà vu, gdy czytałam przegląd prasy w Deutsche Welle podającej, że „Nord Stream to przygotowanie do wojny”. To niemieckie „odkrycie”, eureka niemalże, zdumiewa, gdyż to była konstatacja oczywista i artykułowana w innych krajach. Eksperci często przestrzegali o innym niż gospodarczy charakterze tego gazociągu.
Podobne zjawisko w Niemczech obserwowałam, gdy władzę w Rosji przejmował Dmitrij Miedwiediew. Dla analityków było oczywiste, że jest on tylko figurantem Putina, a w Niemczech mało kto chciał w to wierzyć. Oni mówili, że to nowe otwarcie, a ten polityk to demokrata. I potem znów przecierali oczy ze zdumienia, by wręcz nie powiedzieć, że obudzili się z ręką w nocniku.
Jaki będzie ten finał epopei z Nord Stream 2?
Proszę pamiętać, że firmy zaangażowane w projekt podpisały umowę na NS2 w 2015 r., ledwie kilkanaście miesięcy po aneksji Krymu i po agresji Rosji na Ukrainę. Oni teraz mówią, że nie chcą dostarczać broni, by nie eskalować napięcia, by nie wybuchła wojna, ale wojna w Europie, na południu Ukrainy trwa od dawna.
Solidarność sojusznicza wymaga, by na stole negocjacyjnym z Rosją położyć możliwość zamrożenia gazociągu Nord Stream 2. To dodałoby Berlinowi wiarygodności. Ale nie sądzę, by to się wydarzyło. Myślę, że on w końcu zostanie uruchomiony, choć obecnie Niemcy mają wygodną pozycję - wszelkie opóźnienia mogą wyjaśniać procedurami biurokratycznymi i procesami certyfikacji.
Podsumujmy wizytę Baerbock w Kijowie: deklaracja solidarności, ale brak sprzedaży broni. Coś jeszcze?
Padła jeszcze propozycja utworzenia biura ds. rozwoju energetyki wodorowej. To kolejny, po tzw. zielonym funduszu, gest świadczący, że Niemcy chcą współpracować z Ukrainą w sprawach energetycznych, ale to w obecnej sytuacji dużo za mało. I proszę pamiętać, że z tego funduszu część popłynie do niemieckich firm, które będą przeprowadzać na Ukrainie ewentualną transformację energetyczną.
Co może przynieść wizyta Baerbock w Moskwie i spotkanie z ministrem Siergiejem Ławrowem, który niedawno w Moskwie potraktował w bardzo obcesowy sposób, wręcz upokorzył Josepa Borrella, przedstawiciela UE ds. zagranicznych?
Ławrowa w Niemczech szanują, podkreślają, że to bardzo doświadczony polityk, od 20 lat na stanowisku. Część komentatorów złośliwie stwierdza, że Baerbock będzie musiała użyć swojego uroku osobistego. Oczekiwania przed tą wizytą były ze strony MSZ mocno obniżane. Bo co tu można wynegocjować? Oni po prostu chcą pozostać w dialogu, prawdopodobnie będą chcieli namówić Rosję do powrotu do formatu normandzkiego wokół porozumień mińskich.
Berlin chce stosować wobec Moskwy dwoistą strategię dialogu i odstraszania. W tym pierwszym obszarze mają szeroką paletę narzędzi - format normandzki, Rada NATO - Rosja, OBWE i chcą też wykorzystywać specjalne kanały bilateralne. Ale w tym obszarze odstraszania zostało ich niewiele. Nie ma Nord Stream 2, bo to przecież projekt gospodarczy. Broni nie sprzedadzą, bo historia i regulacje. Wyrzucenie z systemu SWIFT też nie, bo to będzie „bomba atomowa” dla rynku finansowego, choć wielu ekspertów się z tym nie zgadza. Niemcy sami rezygnują z twardych narzędzi, które mogłyby odstraszyć Rosjan.
Co zrobią, jeśli Rosja faktycznie zaatakuje Ukrainę?
Myślę, że wtedy by się coś zmieniło. Ale Rosjanie są świadomi, że wtedy te relacje z Niemcami mogłyby się poważnie zmienić. Dlatego nie wierzę w pełną inwazję, Rosjanie rozegrają to tak, by Niemcy nie uznali ich działań za atak. Gdyby jednak do tego doszło, to Niemcy mają w swoich regulacjach dotyczących eksportu broni takie sformułowanie, że nie wysyłają jej w rejon konfliktu, chyba że państwom, które się bronią. Wtedy mogliby zauważyć to zastrzeżenie, którego teraz widzieć nie chcą.
Przypomnę tylko, że podczas obowiązywania sankcji produkty niemieckiego Siemensa dotarły na okupowany przez Rosję ukraiński Krym.
Tak, to był duży skandal. Te powiązania gospodarcze pomiędzy Niemcami i Rosją są bardzo zaawansowane, firmy, jeśli będą mogły, to do końca będą chciały działać na tym mitycznym rosyjskim rynku.
Przecież wymiana handlowa między Polską i Niemcami jest ponad dwa razy większa niż między Rosją i Niemcami. Skąd ta miłość Berlina do Moskwy?
Średnie i mniejsze firmy proszą nieustannie rząd niemiecki o wsparcie w walce z biurokracją i korupcją w Rosji, ale powoli tracą chyba nadzieję i masowo wycofują się z rynku - przez ostatnie lata ponad 2 tys. firm uciekło. Jeszcze w 2014 r. było ich ponad 6 tys., teraz ok. 4 tys. Ale to wielkie firmy, które sobie radzą na rosyjskim rynku i robią lobbying, chcą, żeby kontynuować współpracę. To m.in. BASF/Wintershall i Eon zaangażowane w energetykę, ale oczywiście też Volkswagen, Siemens czy Bosch. Rosyjskie firmy mają olbrzymie pieniądze na lobbing w Berlinie i środki, by korumpować polityków na Zachodzie, co regularnie widzimy.
No i kluczowe jest to, że Niemcy z Rosją mają tę „zależność węglowodorową”, którą trudno im zastąpić, co nie znaczy, że się nie da. Ale to kosztuje.
Rozmawiał Maciej Miłosz