Reklama
Prawdopodobnie największym zaskoczeniem dla świata okazały się jednak skutki decyzji administracji Stanów Zjednoczonych o wycofaniu wojsk z Afganistanu. W kwietniu prezydent Joe Biden ogłosił, że ostatni żołnierze opuszczą Kabul 11 września. Eksperci amerykańskiego wywiadu wierzyli wówczas, że rząd prezydenta Aszrafa Ghaniego przetrwa nawet kolejne dwa lata. Założenia te zrewidowano w czerwcu, kiedy ofensywa talibów przyspieszyła. Ale wywiad USA wciąż utrzymywał, że ostateczny upadek rządu nastąpi nie wcześniej niż w 2022 r. – Talibowie to nie armia północnowietnamska. Ich możliwości są nieporównywalnie małe – mówił sam prezydent Biden, dodając, że prawdopodobieństwo przejęcia władzy w Afganistanie przez radykalnych islamistów jest znikome. Porównanie z wojną w Wietnamie okazało się jednak trafne. Gdy w połowie sierpnia talibowie zaczęli się zbliżać do Kabulu, pracowników amerykańskiej ambasady ewakuowano helikopterami Chinook z dachu budynku. Dokładnie tak, jak w 1975 r. z Sajgonu. Ostatecznie na przełomie sierpnia i września talibowie ogłosili utworzenie rządu.
Wiele zaskoczeń przyniosły światu także tegoroczne wybory. W Czechach władzę stracił populistyczny premier Andrej Babiš z partii ANO. Sondaże do ostatniej chwili wskazywały na jego zwycięstwo. Ten przeprowadzony w ostatnich dniach kampanii przez firmę STEM dawał mu niemal 6-proc. przewagę nad prawicową koalicją SPOLU. Ostatecznie Babiša pogrążyła afera Pandora Papers, która wybuchła na kilka dni przed głosowaniem. 3 października media doniosły, że Babiš – kontrolujący jedną z największych firm w Czechach miliarder – w 2009 r. przy udziale francuskich i panamskich kancelarii prawnych założył firmy, na których konta zostało przelane ok. 15 mln euro. Dzięki temu zakupiono 16 luksusowych nieruchomości we Francji, w tym zamek na Lazurowym Wybrzeżu. – To paskudne, fałszywe oskarżenia, które mają wpłynąć na wybory – komentował. Wyborców to nie przekonało. W rezultacie władzę w państwie przejął Petr Fiala, który kieruje teraz pracami rządu składającego się z dwóch sojuszy – centroprawicowej SPOLU oraz liberalnych Piratów i Burmistrzów.
Niespodziewany zwrot w polityce można było zaobserwować także na innych kontynentach. W marcu w Izraelu odbyły się czwarte w ciągu dwóch lat wybory do Knesetu. Najwięcej głosów – 24 proc. – zdobyła wówczas partia Likud Binjamina Netanjahu. Przedłużające się rozmowy koalicyjne nie dawały obozowi anty-Netanjahu zbyt wielu szans na obalenie dotychczasowego przywódcy. Izraelskie media przewidywały kontynuację rządów Likudu i ewentualną organizację kolejnych wyborów. Sam „Bibi” do ostatniej chwili walczył o zachowanie stanowiska, oferując m.in. swojemu rywalowi Naftalemu Bennettowi fotel premiera w ramach umowy rotacyjnej. W czerwcu osiem partii opozycyjnych osiągnęło jednak porozumienie, tworząc szeroką koalicję partii religijnych, prawicowych i lewicowych. W jej skład weszło nawet ugrupowanie palestyńskie. Premierem został Naftali Bennett z prawicowej partii Jamina, a po dwóch latach zastąpi go centrowy lider ugrupowania Jest Przyszłość Ja’ir Lapid. Tym samym doprowadzili do zakończenia 12-letnich rządów Netanjahu.
Z kolei w Ameryce Łacińskiej 2021 r. przyniósł zwrot na lewo. W efekcie grudniowe wybory prezydenckie w Chile wygrał lider szerokiej koalicji lewicy Gabriel Boric. Przed głosowaniem eksperci wskazywali, że Chile stoi w obliczu najtrudniejszych i najbardziej spolaryzowanych wyborów od czasu powrotu demokracji w 1990 r. W pierwszej turze to Jose Antonio Kast – lider skrajnie prawicowej Partii Republikańskiej, który za swojego patrona uznaje Augusto Pinocheta – uplasował się na pierwszym miejscu, zdobywając 28 proc. głosów. W drugiej został jednak pokonany przez Borica, zdobywając 55-proc. poparcie. To dużo więcej, niż przewidywano. Ostatni sondaż przeprowadzony przez AtlasIntel wskazywał na remis.
Choć pandemia koronawirusa przyniosła w tym roku mniej zaskoczeń niż w 2020 r., nie obyło się bez błędnych założeń. U schyłku swojej kadencji prezydent Donald Trump przekonywał, że ta wkrótce wygaśnie. – Ona zniknie. Tak samo jak hiszpanka w 1918 r., która zmutowała w coś znacznie łagodniejszego. Pandemia odejdzie. Może nie w 2020 r., ale poczekajmy do 2021 r. – mówił. Niepewnie sugerował to pod koniec 2020 r. także czołowy amerykański epidemiolog Anthony Fauci. – Wierzę, że jeśli wszyscy zostaną zaszczepieni, to do końca 2021 r. dojdziemy do punktu, w którym poziom zagrożenia wirusem będzie niski, a może nawet niemal nieobecny – tłumaczył w wywiadzie dla amerykańskiego „Business Insidera”. Biorąc pod uwagę obecne zagrożenie Omikronem i obostrzenia, które mimo programów szczepień wprowadzają kolejne państwa, przewidywania te wydają się naiwne.
W wielu krajach nie spełniły się także założenia dotyczące inflacji. Na początku roku przewidywano, że Stany Zjednoczone zakończą rok z 2-proc. inflacją. Zamiast tego osiągnęła ona poziom niemal 7 proc. W Polsce według założeń NBP z końca 2020 r. wskaźnik CPI miał uplasować się na poziomie 2,6 proc. Tymczasem w listopadzie inflacja wzrosła do 7,8 proc., a ta za cały 2021 r. może osiągnąć nawet 4,9 proc.
Na koniec tego roku wróżono finał pandemii koronawirusa