Reklama
Wymusiła na Grekach katorżniczą oszczędność, otworzyła granice Europy migrantom, wspierała rozbudowę Nord Streamu. Te decyzje odchodzącej niemieckiej kanclerz wielu Europejczyków zapamięta na długo, ale patrzenie na 16 lat jej rządów wyłącznie przez pryzmat błędów, które popełniła, byłoby nieporozumieniem.
To, co w europejskiej polityce Angeli Merkel wychodziło najlepiej i co może sprawić, że Europa szybko za nią zatęskni, wiąże się ze sposobem zarządzania, u którego podstaw legło zamiłowanie niemieckiej przywódczyni do kompromisów. Przy czym nie jest jasne, czy bierze ono źródło w nieco flegmatycznej osobowości kanclerz i jej technokratycznej naturze, czy jest efektem pragmatycznej kalkulacji.
Ponoć słuchała cierpliwie, inwestowała dużo w osobiste relacje z innymi przywódcami, potrafiła wiele godzin spędzić na negocjacjach, ostrożnie ważyła słowa, przywiązywała wagę do szczegółów. Nikomu chyba tak dobrze nie szło zakulisowe rozstrzyganie sporów i waśni w UE jak Angeli Merkel. W zasadzie od początku rządów do samego ich końca.
„The Economist” przypomina pierwszy szczyt europejski Merkel – zaledwie trzy tygodnie po objęciu stanowiska kanclerza w 2005 r. Francuski prezydent Jacques Chirac spierał się wówczas z premierem Tonym Blairem o wielkość europejskiego budżetu (remake grany w UE co siedem lat). Pierwszy chciał więcej, drugi mniej. Gerhard Schroeder, poprzednik Merkel na stanowisku kanclerza, bezradnie rozkładał ręce, mówiąc o największym kryzysie w historii UE. Jego świeżo upieczona następczyni szybko jednak znalazła rozwiązanie. Po wielogodzinnych negocjacjach i dosypaniu niemieckich pieniędzy budżet był wynegocjowany.
Jeden z ostatnich popisów saperskich umiejętności Merkel także dała w budżetowej awanturze – tym razem z Polską i Węgrami w rolach głównych. Kiedy oba kraje groziły wetem, a Bruksela stawiała ultimatum, w rozmowy zaangażowała się kanclerz Niemiec. Jej interwencja znowu zakończyła się daleko idącym kompromisem, który rozbroił tykającą bombę.
Przy czym ucierane w cza sie nocnych narad w Brukseli kompromisy opłacały się zazwyczaj wszystkim, ale nikomu tak bardzo jak Niemcom. Angeli Merkel udało się bowiem przekonać Europejczyków do tego, że niemieckie przywództwo nie jest niczym strasznym. Pokazują to badania Europejskiej Rady Spraw Zagranicznych, think tanku, przeprowadzone w 12 państwach UE. Zgodnie z nimi gdyby miały się odbyć wybory na prezydenta Unii, 41 proc. respondentów głosowałoby na Merkel, a na francuskiego prezydenta Emmanuela Macrona – 14 proc. (w Polsce na niemiecką polityk głosowałoby 35 proc. ankietowanych, na Francuza – 9 proc.). Jednocześnie ustawiła machinę wspólnego rynku i strefy euro tak, by pracowała na korzyść niemieckiej gospodarki. PKB Niemiec za czasów jej rządów urósł o 34 proc., o 15 pkt proc. więcej niż Francji i o 27 pkt proc. więcej niż Wielkiej Brytanii.
W Niemczech mówi się, że najmłodsze pokolenie wyborców nie pamięta czasów sprzed jej rządów. Nieco podobnie może to wyglądać w UE, zwłaszcza że na okres Merkel przypada bezprecedensowe rozszerzenie Wspólnoty – objęła stery rządów w niecały rok po wstąpieniu 10 krajów z Polską na czele (potem dołączyły jeszcze trzy, niedawno jeden odszedł). W szczytowym okresie od 2013 do 2020 r. na szczyty do Brukseli zjeżdżali się przywódcy 28 państw członkowskich. To za czasów Merkel i z jej czynnym udziałem wypracowano modus operandi, jak zarządzać konfliktami i godzić interesy w tym różnorodnym europejskim tłumie.
Często politycy sprzyjający kanclerz w Polsce podkreślają, że dzięki temu, że urodziła się w NRD, rozumiała specyficzną sytuację krajów środkowoeuropejskich o komunistycznej przeszłości. Ta wrażliwość być może miała znaczenie w relacjach polsko-niemieckich, ale najbardziej procentowała właśnie w Brukseli.
Największą ewolucję kanclerz przeszła jednak w kwestii stosunków ze Stanami Zjednoczonymi. W 2005 r., niedługo po objęciu rządów, mówiła, że „nie będzie zjednoczonej Europy w opozycji do Ameryki”. W USA rządził wówczas George Bush, który podczas spotkania na ranczu w Teksasie smażył dla kanclerz hamburgery. Merkel poparła nawet inwazję USA na Irak – rzecz nie do pomyślenia za czasów jej poprzednika Gerharda Schroedera.
Ale już w 2017 r. kanclerz przyznała z rezygnacją, że „Europejczycy muszą wziąć swój los we własne ręce”, bo skończyły się dni, kiedy mogli całkowicie polegać na innych. Nie wskazała palcem, na kim się zawiodła, ale nie było to potrzebne.
Trump był jednak jedynie kroplą, która przelała czarę goryczy. Kanclerz podobno miała za złe Amerykanom, że nie kiwnęli palcem, aby zmienić regulacje sektora finansowego, które mogły uchronić świat przed globalnym kryzysem w 2007 r. – pomimo lobbingu ze strony Niemiec. Początkowo trudno układało jej się także z Barackiem Obamą (nie pomogły doniesienia, że amerykańskie służby podsłuchiwały szefową niemieckiego rządu).
W efekcie, kiedy Joe Biden chciał zadzwonić do Merkel jako pierwszego polityka z zagranicy po przeprowadzce do Białego Domu, kanclerz odmówiła. Jak podał kilka dni temu „The Wall Street Journal”, miała inne plany: chciała tego dnia po południu (to był piątek) odpocząć już w swojej wiejskiej kryjówce. Telefon trzeba było przełożyć na poniedziałek.
To był symboliczny gest zwiastujący większą asertywność Niemiec w relacjach z Ameryką. I faktycznie, jak pisał niedawno DGP, przez ostatnie pół roku to Waszyngton zabiegał o względy naszego sąsiada zza Odry, nie na odwrót. Biden cofnął decyzję o zmniejszeniu liczby żołnierzy USA nad Renem i odrzucił pomysł nowych sankcji na Nord Stream 2. Amerykańska administracja liczy na wsparcie Niemiec w rywalizacji z Chinami, ale odchodząca kanclerz raczej unika konfliktów z Państwem Środka, niż je wywołuje. Przykładem jest umowa inwestycyjna podpisana tuż przed inauguracją prezydentury Bidena.
To nie koniec problemów. Warto wspomnieć chociażby, że po spotkaniu Bidena z Putinem Berlin ogłosił, że chce zorganizować (do spółki z Francją) własny szczyt z liderem Rosji. – Nie powinniśmy być jedynie informowani o wynikach rozmów prezydenta USA – stwierdziła wówczas Merkel.
Biden porzucił wiele aspektów polityki zagranicznej Trumpa, ale co do zasady nie zmienił jej kierunku. Podobnie będzie w Niemczech – ktokolwiek zastąpi Merkel na fotelu kanclerza, raczej nie padnie w ramiona lokatorowi Białego Domu. To nowa normalność w stosunkach transatlantyckich, w której odnaleźć musi się także Polska.