Ale to już przeszłość. W miarę jak poprawiała się sytuacja pandemiczna, notowania ANO poszły w górę i według ostatnich sondaży sięgają 26 proc. Razem jest na drugim miejscu (21,5 proc.), a PirSTAN dopiero na trzecim (20 proc.). Dwa opozycyjne bloki wciąż mają ogółem znacznie większe poparcie niż ANO, ale to nie znaczy, że przejmą władzę po wyborach, które odbędą się 8 i 9 października. Babiš, postkomunistyczny miliarder, drugi najbogatszy Czech, ma w rękawie potężny atut. Jest nim socjaldemokratyczny prezydent Miloš Zeman, z którym łączy go polityczny sojusz. Zeman już zapowiedział, że misję utworzenia nowego rządu powierzy liderowi ugrupowania, które zdobędzie najwięcej głosów w wyborach, w domyśle Babišowi. Ten zaś ma już taką wprawę w sprawowaniu mniejszościowych rządów, że Jarosław Kaczyński mógłby jeździć do Pragi po nauki.
Babiš rządzi od czterech lat, choć koalicja ANO i socjaldemokratów nigdy nie miała większości w parlamencie. To możliwe, gdyż w rozdrobnionej Izbie Poselskiej zasiadają przedstawiciele aż dziewięciu partii. Część z nich, z posłami Komunistycznej Partii Czech i Moraw (KSČM) na czele, w razie potrzeby głosuje po myśli rządu w zamian za tzw. trafiki (dosłownie kioski), czyli korzyści polityczne bądź majątkowe. Jednocześnie blokują oni możliwość odwołania gabinetu Babiša i utworzenia koalicji z udziałem opozycji. Zeman i Babiš zechcą powtórzyć ten manewr po wyborach. I prawdopodobnie im się to uda, gdyż PirSTAN od marca utracili jedną trzecią głosów, a centroprawica, za którą ciągną się dawne afery korupcyjne, ma nad sobą szklany sufit, którego nie przebije.