Nie było uroczystych przemówień, galowego powitania czy wielkiej radości. Tym bardziej fajerwerków i szampana. Gdy pod koniec czerwca ostatnich 264 żołnierzy niemieckiej Bundeswehry wróciło z Afganistanu do ojczyzny, nie witała ich nawet minister obrony Annegret Kramp-Karrenbauer. Wytłumaczono, że to na życzenie żołnierzy, którzy po miesiącach rozłąki chcieli się zobaczyć z rodzinami. Poza tym sytuacja pandemiczna nie sprzyja takim wydarzeniom. Choć jedno i drugie jest zrozumiałe, wzbudziło falę krytyki.
Kilka dni przed tym powrotem w niemieckim parlamencie odbyła się debata podsumowująca wieloletnią misję. Niemcy stacjonowali głównie na północy Afganistanu, w mieście Mazar-i-Szarif, gdzie – jak na ten kraj – zwykle było spokojnie. Momentami ich baza jawiła się innym sojuszniczym wojskom – w tym Polakom – jako kurort, gdzie można nawet legalnie, choć na kartki i w ograniczonym zakresie, pić piwo. Nie zmienia to faktu, że w szczytowym okresie pod Hindukuszem służyło ok. 5 tys. niemieckich żołnierzy. Poległo 59 z nich.