Litewskie władze oskarżają białoruskich pograniczników o udział w przerzucie nielegalnych emigrantów do Unii Europejskiej. Nazywają to przejawem wojny hybrydowej prowadzonej przez Alaksandra Łukaszenkę. Na granicy polsko-białoruskiej takiego zjawiska na razie nie zauważono. To odwrotność sytuacji z 2012 r., gdy Mińsk uderzał w podobny sposób przede wszystkim w Polskę, a nie Litwę.
Nie dajemy wyjechać
Szefowa MSW Litwy Agnė Bilotaitė oświadczyła w niedzielnej rozmowie z agencją Delfi, że rząd ma informacje świadczące o udziale białoruskich władz w przerzucie ludzi. – To działalność zorganizowana, konkretny, dobrze zaplanowany mechanizm. I ogromne pieniądze, bo przewóz jednej osoby kosztuje 15 tys. dol. W ten sposób reżim i urzędnicy popełniają w oczywisty sposób intratne przestępstwo – dowodziła Bilotaitė. – To zagrożenie dla naszego systemu migracynego, bo nigdy nie spotykaliśmy się z tak ogromnymi przepływami – dodała. Rząd Ingridy Šimonitė zwrócił się o wsparcie do innych krajów UE. Do Wilna przyjechało już sześciu pracowników Europejskiej Agencji Straży Granicznej i Przybrzeżnej, a w ciągu dwóch tygodni przybędzie kolejnych 30. Rząd w pierwszej kolejności chce rozszerzyć system monitoringu granicy. Obecnie kamery obejmują 38 proc. liczącej 679 km granicy z Białorusią.
Od stycznia służby zatrzymały 555 osób, które próbowały nielegalnie przekroczyć granicę. To siedem razy więcej niż w całym 2020 r. i 12-krotnie więcej niż w 2019 r. Wśród zatrzymanych większość stanowili obywatele Iraku (328 osób), a na kolejnych miejscach byli Irańczycy i Syryjczycy. Litwini wiążą to z uruchomionym niedawno połączeniem lotniczym z Bagdadu do Mińska. Wilno nie jest gotowe do przyjęcia tak dużej liczby ludzi; przez złe warunki pobytu w czerwcu wybuchł nawet bunt w ośrodku dla cudzoziemców w Podbrodziu. Policja użyła gazu łzawiącego, by stłumić zamieszki, w których uczestniczyło 70 osób. – Byli rozczarowani, że nie dajemy im wyjechać na Zachód – mówił szef litewskich pograniczników Rustam Liubajev. Z logistycznego punktu widzenia bardziej oczywistym kierunkiem byłaby Polska. Docelowo większość migrantów zmierza do bogatszych państw Europy Zachodniej, więc po wjeździe na Litwę i tak musieliby przekroczyć kolejne granice, choć już w ramach strefy Schengen.
Reakcja na sankcje
Zapytaliśmy polskich pograniczników, czy spotkali się z podobnym problemem, co ich litewscy koledzy. Odpowiedź była negatywna. – Cały czas przyglądamy się sytuacji na Białorusi, a polsko-białoruski odcinek granicy jest przez nas na bieżąco i bardzo uważnie monitorowany. Obecnie nie są tam kierowane dodatkowe siły czy środki. Pozostajemy w bieżącym kontakcie z litewską służbą graniczną – zapewnia DGP ppor. Anna Michalska, p.o. rzeczniczka Straży Granicznej. Z danych SG wynika, że od początku roku na zielonej granicy z Białorusią zatrzymano 130 cudzoziemców próbujących nielegalnie przekroczyć unijny kordon. To tyle samo, co w II półroczu 2020 r. Zapytaliśmy też, czy wzrosła liczba obywateli Iraku, którzy zwrócili się na polsko-białoruskich przejściach granicznych o ochronę międzynarodową. I w tym przypadku odpowiedź była negatywna. Od lipca 2020 r. Irakijczycy złożyli jedynie trzy takie wnioski obejmujące cztery osoby. Wszystkie przypadki miały miejsce we wrześniu. Jednak gdy Łukaszenka groził, że przestanie chronić granice, wymieniał także Polskę, więc nie da się wykluczyć, że ta sytuacja ulegnie zmianie.
– Dzisiaj zawyli: ach! Białorusini ich nie chronią. Na Litwę, Łotwę i do Polski runęły tysiące nielegalnych migrantów. Żądają, byśmy ich chronili przed kontrabandą i narkotykami. Zza Atlantyku słychać sygnały: pomóżcie, jak wcześniej, zatrzymajcie materiały jądrowe, żeby nie trafiały do Europy – mówił Łukaszenka w przygranicznym Brześciu podczas obchodów 80-lecia agresji niemieckiej na ZSRR. – Dusicie nas informacyjnie, metodycznie i zbiorowo. Niszczycie, próbujecie dobić naszą gospodarkę i oczekujecie, że będziemy wydawać setki milionów dolarów na ochronę waszych interesów? Zatrzymywaliśmy narkotyki i migrantów. Teraz sami będziecie ich łowić – skwitował białoruski przywódca, dając do zrozumienia, że to reakcja na wprowadzane przez Zachód sankcje. W czwartek Bruksela po raz pierwszy objęła Mińsk także obostrzeniami sektorowymi, które mają uderzyć w białoruski eksport.
To nie pierwszy raz, gdy Łukaszenka używa migrantów w charakterze karty przetargowej. W 2012 r. Mińsk próbował w ten sposób wymusić na UE zniesienie sankcji wprowadzonych po represjach lat 2010–2011 i zgodę na sfinansowanie modernizacji infrastruktury granicznej. – Jak idioci na własny koszt łowiliśmy wszystko, co idzie przez Rosję z Afganistanu. Materiały wybuchowe, radioaktywne, narkotyki. I po co? Przecież one nie do nas idą, a do Unii – mówił wtedy Łukaszenka. – Na terytorium naszego kraju przebywa nielegalnie do 30 tys. osób. Przez waszą granicę przechodzą tylko setki. Na razie. A uchodźcy z państw WNP i Azji często są niebezpieczni, dysponują doświadczeniem wojennym – groził w rozmowie z DGP rzecznik tamtejszych pograniczników Alaksandr Ciszczanka. Liczba zatrzymań na polsko-białoruskiej granicy wzrosła wówczas kilkukrotnie. Litwini takiej zmiany wtedy nie odnotowali.