„Kulturowi marksiści” i „apologeci titoizmu” to tylko dwie z licznych obelg, jakie pod adresem platformy Możemy!, skupiającej niewielkie lewicowe, aktywistyczne i proekologiczne partie wystosowali chorwaccy politycy z prawego skrzydła. Wyjątkowymi zdolnościami oratorskimi popisał się były minister kultury, który nazwał Możemy! i nowego burmistrza stolicy Tomislava Tomaševicia „teoretykami lesbijskiego syndykalizmu”. Kampania kontrkandydata Tomaševicia – nacjonalistycznego pieśniarza i lidera partii Ruch Ojczyźniany, Miroslava Škory – przed majowymi wyborami lokalnymi składała się głównie z oczerniania nowej siły na scenie politycznej.
– To była najbardziej brutalna kampania w historii chorwackiej polityki. Choć Możemy! jest partią bliską centrum, przeciwnicy przedstawiali ich jako skrajną lewicę, a słowo „aktywista” nagle stało się określeniem pejoratywnym – mówi nam Anja Vladisavljević, chorwacka dziennikarka portalu Balkan Insight. – Mam nadzieję, że taki sposób myślenia nie stanie się elementem dyskursu – dodaje. Mimo to Tomašević w drugiej turze otrzymał ponad 65 proc. głosów. Partia Škory ma jednak solidne poparcie utrzymujące się w skali kraju na poziomie ok. 8–9 proc. Oznacza to, że gdyby wybory odbyły się dziś, w Chorwacji Škoro rywalizowałby o trzecie miejsce właśnie z Możemy!.