Jednym z priorytetów rządu Naftalego Bennetta ma być zacieśnienie relacji ze Stanami Zjednoczonymi. Przemawiając w Knesecie, minister spraw zagranicznych Ja’ir Lapid mówił o konieczności powrotu do rozmów z Partią Demokratyczną, z którą stosunki uległy pogorszeniu za czasów Binjamina Netanjahu.
Były premier publicznie spierał się z Barackiem Obamą w sprawie porozumienia nuklearnego z Iranem. Później skupił się na współpracy z republikanami na czele z Donaldem Trumpem, który w 2018 r. wycofał się z umowy. – Poprzedni rząd podjął kiepską i lekkomyślną decyzję, by ograniczyć swoje zainteresowanie do Partii Republikańskiej i porzucić ponadpartyjną współpracę z Ameryką – mówił Lapid. Zachowanie Netanjahu wobec demokratów określił jako haniebne i niebezpieczne. W amerykańskim Kongresie powstała stosunkowo silna frakcja demokratów, którzy głośno krytykują Izrael za zbrodnie na Palestyńczykach i żądają wycofania pomocy finansowej dla władz tego kraju.
Koalicyjny rząd chce zapobiec dalszemu pogłębianiu takich nastrojów i liczy, że dzięki odcięciu się od „Bibiego” odzyska ponadpartyjne poparcie dla Izraela. Dla świeżo zaprzysiężonych władz jest to szczególnie ważne ze względu na perspektywę powrotu Amerykanów do umowy z Iranem. Zarówno Bennett, jak i Lapid zajmują w tej sprawie stanowisko podobne do tego, które przez lata głosił Netanjahu. Zgodnie twierdzą, że zawarta z Teheranem umowa jest zła. – Jej przywrócenie byłoby błędem. Izrael nie pozwoli Iranowi na budowę broni jądrowej i zachowa pełną swobodę działania – stwierdził Bennett w przemówieniu inauguracyjnym w Knesecie.
Ale w przeciwieństwie do byłego premiera jego ministrowie wiedzą, że sprzeciwianie się umowie na siłę nie ma sensu. Nowa administracja chce więc ograniczyć do minimum publiczne spory z Amerykanami. – Izrael mógłby mieć większy wpływ na ostateczny kształt porozumienia, gdyby prowadził z administracją prezydenta Joego Bidena dialog inny niż ten, który Netanjahu miał z Obamą – przekonywał minister spraw zagranicznych. Bennett faktycznie rozważa podjęcie próby wpłynięcia na niektóre warunki nowej umowy. Gdyby jego prośby zostały spełnione, sprzeciw Izraela mógłby się zmniejszyć.
Netanjahu wykorzystał tymczasem ostatnie chwile przed niedzielnym głosowaniem nad wotum zaufania, by przekonać posłów, że nowy szef rządu nie ma ugruntowanej pozycji międzynarodowej, która umożliwiłaby mu realny wpływ na zapisy umowy. Zdaniem „Bibiego”, Bennett – jego były współpracownik – nie postawi się amerykańskiej administracji tak, jak on to zrobił w 2015 r. Na zaproszenie republikanów ówczesny premier przemawiał w Kongresie, wzywając amerykańskich ustawodawców do odrzucenia porozumienia. Przez wielu demokratów zostało to odebrane jako podważanie autorytetu prezydenta Obamy. Na zakończenie trwających z przerwami 15 lat rządów Netanjahu zareagował słowami „wrogowie Iranu zniknęli, a potężny Iran wciąż tu jest”.
Tymczasem negocjacje w sprawie przywrócenia umowy wciąż trwają, choć miały się zakończyć ponad dwa tygodnie temu. W ubiegłą sobotę główny negocjator Iranu Abbas Araghczi powiedział, że porozumienia nie uda się osiągnąć przed wyborami prezydenckimi, które odbędą się w Iranie 26 czerwca. W weekend rozpoczęła się kolejna runda rozmów, a rzecznik irańskiego resortu dyplomacji Sa’id Chatibzade zaznaczył, że nierozwiązane pozostają niektóre kwestie techniczne, polityczne i prawne. Osiągnięte miało zostać za to szerokie porozumienie w sprawie zniesienia sankcji nałożonych na irański sektor energetyczny. Władze w Teheranie nie spodziewają się przełomu w podejściu państwa żydowskiego. – Nie sądzę, żeby polityka Izraela zmieniła się wraz z nowym rządem – powiedział rzecznik Chatibzade.