Tegoroczny szczyt G7 miał pokazać, że klub najbardziej uprzemysłowionych państw świata wciąż liczy się na tyle, żeby wyznaczać kierunki globalnej polityki. Pomogła w tym zmiana lokatora w Białym Domu – minęły już czasy, kiedy prezydent USA podpisywał się pod wspólnym komunikatem po szczycie, a następnie jeszcze z pokładu Air Force One tweetował, że go nie popiera.
Związana z tym zmiana atmosfery na spotkaniu w Kornwalii była wręcz odczuwalna. – Przeprowadzka Bidena do Białego Domu nie sprawia, że świat nie ma już problemów, ale sprawia, że możemy szukać rozwiązań dla nich z większym impetem. W efekcie szczyt był bardziej konkretny – mówiła kanclerz Angela Merkel.
Konkrety zawsze są kwestią sporną, ale agendzie z pewnością nie zabrakło ambicji: od kwestii podatkowych, przez walkę z obecną i przyszłymi epidemiami, aż po zmiany klimatyczne. Końcowy komunikat nie pozostawiał jednak wątpliwości, że tematem numer jeden spotkania były Chiny. Liderzy wypunktowali w nim praktycznie wszystkie kontrowersje związane z polityką Pekinu – od Xinjiangu, przez Hongkong, działania na morzach okalających Państwo Środka i Tajwan.
Reklama
Znalazło się tam też zdanie: „Wzywamy również do szybkiego przeprowadzenia przez ekspertów opartego na nauce, transparentnego studium pod egidą Światowej Organizacji Zdrowia dotyczącego źródeł pandemii COVID-19 w Chinach”. To sugestia, aby zbadać głębiej teorię o ucieczce wirusa SARS-CoV-2 z chińskiego laboratorium – sugestia, która wzbudza poważną irytację w Pekinie.
Polski sprzeciw

Reklama
Zgodnie z zapowiedziami liderzy państw G7 poparli pomysł wprowadzenia globalnej, minimalnej stawki podatku CIT (miałaby wynosić 15 proc.). Niespodziewanie pomysł napotkał opór ze strony Polski. W rozmowie z dziennikiem „Financial Times” minister finansów Tadeusz Kościński stwierdził, że „nie powinno być tak, by G7 dyktowała nam, jaką stawkę podatkową mamy w naszym kraju”. Dodał, że od takiej globalnej stawki powinny istnieć wyjątki, aby obowiązywała tylko w przypadku dochodów filii międzynarodowych firm (ale już nie przedsiębiorstw, które prowadzą „istotną działalność”).
Sprzeciw Kościńskiego zaskoczył niektórych ekonomistów, bowiem ustawił Polskę ramię w ramię z takimi krajami jak Węgry czy Irlandia (mają jedne z najniższych stawek CIT w Europie). Zaskoczenie może być tym większe, że, jak wynika z opracowania ekonomistów Euler Hermes i Allianz Research, Polska jest krajem, który na wprowadzeniu minimalnego, globalnego CIT-u może zyskać najbardziej. Rozwiązanie mogłoby podnieść dynamikę naszego wzrostu gospodarczego nawet o 0,8 pkt proc. Na nim zyskałyby także Hiszpania, Chiny i Holandia, straciłyby natomiast (wzrost niższy nawet o 2 pkt proc.) właśnie Węgry i Irlandia.
Nie pas i nie szlak
Liderzy zapowiedzieli przekazanie do końca przyszłego roku na rzecz państw rozwijających się ponad 870 mln dawek szczepionek przeciw COVID-19 i skrócenie czasu wprowadzenia nowych preparatów do obrotu. W kwestiach klimatycznych państwa siódemki zobowiązały się znacząco odwęglić swoje sektory energetyczne do końca przyszłej dekady (chociaż dyplomacja brytyjska nalegała na deklarację o całkowitym uwolnieniu się od węgla), a także osiągnięcie zerowych emisji netto do 2050 r.
Z klimatem udało się powiązać rywalizację z Chinami. Najbogatsze demokracje chcą poprawić swoją ofertę dla biedniejszej części świata w zakresie zielonych inwestycji infrastrukturalnych. Plan ten, reklamowany pod hasłem „lepszej odbudowy” ma być odpowiedzią na chińską Inicjatywę Pasa i Szlaku i inwestycyjną aktywność Państwa Środka w Afryce i Azji. Siódemka obiecała też zwiększenie środków na walkę ze zmianami klimatu w biedniejszych krajach. Na razie brak jednak – najbardziej oczekiwanych przez aktywistów, których setki wyszły w sobotę na ulice miast Kornwalii – konkretów w sprawie źródeł finansowania nowych deklaracji, a w oficjalnym stanowisku Białego Domu akcent postawiono na mobilizację środków z sektora prywatnego.
Gdzie pieniądze
To niejedyny problem z ich wiarygodnością. Wyzwaniem dla Zachodu pozostaje bowiem realizacja starych zobowiązań. Zgodnie z obietnicami sprzed ponad dekady, zapisanymi także w porozumieniu ze szczytu klimatycznego w Paryżu z 2015 r., wsparcie dla realizacji celów klimatycznych ze strony najbogatszych państw miało już w zeszłym roku przekroczyć 100 mld dol. Według wyliczeń OECD w 2018 r. łączna wartość tego typu finansowania nie przekraczała jednak 80 mld dol. Zdecydowana większość zielonego finansowania przekazywana jest w formie pożyczek, przyczyniając się do zwiększenia zadłużenia krajów rozwijających się. Według organizacji humanitarnej Oxfam, jeśli wziąć pod uwagę te czynniki, rzeczywista wartość pomocy może być niemal trzykrotnie niższa od raportowanej. Teraz czas na osiągnięcie celu 100 mld dol. ma zostać wydłużony o 5 lat.
Gospodarzem szczytu był brytyjski premier Boris Johnson. Jak wytykają mu komentatorzy, gdy mowa o pieniądzach, poprzestaje na odgrzewanych obietnicach. Tak jest m.in. w przypadku zapowiedzianych 500 mln funtów na ochronę oceanów, pochodzących z uzgodnionego już na najbliższe 5 lat budżetu klimatycznego. Równocześnie rząd w Londynie, tłumacząc to względami gospodarczymi, ogranicza swój program pomocy rozwojowej o ponad jedną czwartą, planując cięcia o wartości ponad 4 mld funtów. Nie określono też, kiedy lub na jakich warunkach wydatki na ten cel będą odbudowywane do dotychczasowego poziomu 0,7 proc. PKB.
Prezydent USA Joe Biden rozpoczął wizytę w Europie od udziału w szczycie G7, grupy najbardziej uprzemysłowionych państw. Spotkał się na nim z królową Elżbietą II. Na szczycie nie zabrakło ambitnych deklaracji, dotyczących osiągnięcia zerowych emisji netto gazów cieplarnianych do 2050 r., rezygnacji z poważnego udziału węgla kamiennego w energetyce w przyszłej dekadzie czy wprowadzenia globalnej stawki podatku dla firm. Temu ostatniemu sprzeciwił się polski minister finansów Tadeusz Kościński, mówiąc „Financial Timesowi”, że „nie powinno być tak, by G7 dyktowała nam, jaką stawkę podatkową mamy w naszym kraju”. Szczyt stał się również elementem rywalizacji między USA a Chinami – siódemka potępiła m.in. działania Pekinu w Hongkongu i Xinjiangu. – Małe grupy krajów już nie rządzą światem – brzmiała odpowiedź rzecznika chińskiej ambasady w Londynie