Reklama

Europarlamentarzyści tracą cierpliwość do szefowej Komisji Europejskiej. Ursula von der Leyen wciąż zwleka bowiem z uruchomieniem mechanizmu, który uzależni wypłaty unijnych pieniędzy od respektowania zasad praworządności. Zwłoka jest elementem porozumienia Komisji z Polską i Węgrami z grudnia zeszłego roku. Ale według europosłów nie wolno dłużej czekać.

Dlatego Parlament Europejski jest gotowy, by skierować do Trybunału Sprawiedliwości UE skargę na KE. Dziś ma przyjąć w tej sprawie rezolucję. Jednocześnie da jednak Brukseli dodatkowe dwa tygodnie. Potem wejdzie na drogę prawną, która pod koniec października może skończyć się przed TSUE. Byłaby to trzecia skarga przeciwko KE w historii europarlamentu.

Podczas grudniowej awantury o europejski budżet Komisja Europejska zgodziła się zamrozić stosowanie rozporządzenia, które umożliwia blokowanie wypłatę eurofunduszy. Otworzyło to drogę do porozumienia, w ramach którego Węgry i Polska wycofały budżetowe weto i uchwalony został siedmioletni plan wydatków wraz z Funduszem Odbudowy. Europosłom nie spodobało się jednak to, że szefowa KE Ursula von der Leyen poszła na rękę Warszawie i Budapesztowi. Zwłaszcza że w samym rozporządzeniu zapisano, że mechanizm powinien obowiązywać od 1 stycznia tego roku. Teraz presja na przewodniczącą KE Ursulę von der Leyen jeszcze rośnie.
Na szczycie w grudniu szefowa KE zgodziła się wstrzymać z użyciem nowych przepisów do momentu wydania wyroku przez Trybunał Sprawiedliwości UE, do którego Polska i Węgry zaskarżyły rozporządzenie. Bruksela ma też przygotować szczegółowe wytyczne dotyczące tego, jak stosować regulację, ale nie mogą one zostać sfinalizowane do czasu orzeczenia TSUE. To wszystko zapisano w konkluzjach ze szczytu, ale von der Leyen zgodziła się złożyć dodatkowe oświadczenie. Wśród europosłów takie rozstrzygnięcie od początku budziło sprzeciw.
Stawianie pod ścianą
W marcowej rezolucji Parlament Europejski dał czas KE do 1 czerwca na uruchomienie mechanizmu. Termin minął, a europosłowie nie dostali tego, czego żądali. Dlatego dzisiaj podczas posiedzenia w Strasburgu izba ma przyjąć kolejną rezolucję w tej sprawie. Projekty są dwa. Najpewniej przejdzie ten, który przygotowali liberałowie, bo jego ostateczna wersja, negocjowana przez kilkanaście dni, ma poparcie większości grup politycznych. Dokument mówi, że w ciągu dwóch tygodni przewodniczący europarlamentu wezwie KE do realizowania zobowiązań wynikających z rozporządzenia, a izba rozpocznie „przygotowania do potencjalnego postępowania sądowego zgodne z art. 265 Traktatu o funkcjonowaniu UE przeciwko KE”.
Początkowo Europejska Partia Ludowa, największa grupa polityczna w europarlamencie, nie była przekonana do poparcia rezolucji. – Za dużo było w pierwotnym projekcie gróźb pod adresem KE. EPL nie widzi wielkiej potrzeby, by atakować KE, bo ta kwestia wymaga zgodnej współpracy pomiędzy PE a KE. Jeśli postawimy Brukselę już teraz pod ścianą, to wejdziemy na ścieżkę poważnego konfliktu, który nie będzie służył sprawie – podkreśla europoseł PO Jan Olbrycht. Finalnie wynegocjowano tekst, który ma dzisiaj poprzeć także EPL.
Europoseł Zielonych Daniel Freund podkreśla, że dzisiejsza rezolucja de facto rozpocznie legalną procedurę przeciwko KE. – Chadekom zależało na tych dwóch dodatkowych tygodniach, ale dla nas kilka dni w jedną czy w drugą stronę nie ma znaczenia. Najważniejsze, że cała procedura się rozpocznie – mówi. Według niego ostateczna skarga do TSUE może trafić pod koniec października, wcześniej KE będzie miała jeszcze czas na zastosowanie się do zastrzeżeń PE. – Bardzo wątpię, by do tego czasu zdecydowała się na uruchomienie rozporządzenia. Wówczas Parlament Europejski skieruje skargę do TSUE – dodaje Freund. Izba będzie miała możliwość wycofania w każdym momencie swojej skargi. Warunkiem ma być uruchomienie mechanizmu. Wobec jakiego kraju? Europoseł Zielonych uważa, że KE ma wystarczająco dużo dowodów, by użyć rozporządzenia przeciwko Węgrom. – Tam w co drugim przetargu startuje jedna firma. Jest bardziej niż oczywiste, co się dzieje z pieniędzmi na Węgrzech – podkreśla.
Polityczny sygnał
Byłaby to trzecia w dziejach europarlamentu skarga na Komisję Europejską (pierwsza w latach 80. dotyczyła strefy Schengen; przedmiotem drugiej jest spór o wprowadzenie wiz dla obywateli USA w ramach wzajemności za obowiązek wizowy dla niektórych krajów członkowskich). Powstaje jednak pytanie, czy byłby to ruch skuteczny. Skarga złożona przez Polskę i Węgry zostanie zapewne rozstrzygnięta wcześniej, a wówczas wniosek Parlamentu Europejskiego będzie bezskuteczny. – Chodzi o wysłanie politycznego sygnału. Komisja godząc się na opóźnienie rozporządzenia w grudniu, złamała porządek sił, bo w pierwszej kolejności odpowiada przed Parlamentem, a nie przed przywódcami krajów członkowskich, do których dołączyła. Mamy wrażenie, że Komisja siedzi zbyt głęboko w ich kieszeniach – zauważa Daniel Freund.
Europoseł PiS Witold Waszczykowski dostrzega, że w tym sporze nie chodzi jedynie o praworządność w Polsce, ale o spór o władzę pomiędzy parlamentem a Komisją. – Komisja już dzisiaj ma obowiązek sprawdzania, czy europejskie fundusze nie są rozkradane, defraudowane, korumpowane. Teraz liberalna większość w Parlamencie Europejskim chciałaby, by fundusze były nagrodą za przyjęcie danego ustroju sądownictwa, ale tak nie będzie. Fundusze pozostaną finansową rekompensatą za otwarcie rynków państw słabszych wobec gospodarek silniejszych – komentuje Waszczykowski.
Grupa Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, do której należy PiS, przygotowała własny projekt rezolucji popierany przez drugą prawicową grupę Tożsamość i Demokracja. Czytamy w nim, że wprowadzenie nowego mechanizmu jest de facto „legalnie nieakceptowalne”.
Izba będzie miała możliwość wycofania swojej skargi w każdym momencie