Robert Habeck, jeden z liderów Zielonych, który o mały włos nie został kandydatem na kanclerza, odwiedził w ubiegłym tygodniu Ukrainę i stwierdził, że Niemcy powinny dostarczać do Kijowa broń defensywną. Ten komentarz odbił się za Odrą szerokim echem i został skrytykowany przez polityków z różnych partii. – Takie wypowiedzi są kontrproduktywne i niebezpieczne – mówił w rozmowie z tygodnikiem „Der Spiegel” szef frakcji parlamentarnej socjaldemokratów Rolf Mützenich. Negatywnie odnieśli się do wypowiedzi również politycy z postkomunistycznej Die Linke. O ile jednak są to partie tradycyjnie „rozumiejące Rosję”, to głosy krytyczne podniosły się także wśród Zielonych, którzy mają pacyfistyczne korzenie i wciąż sprzeciwiają się np. składowaniu amerykańskiej broni atomowej w Niemczech. W wywiadzie dla rozgłośni Deutschlandfunk Habeck wyjaśniał, że „Ukraina czuje się osamotniona w zakresie polityki bezpieczeństwa, Niemcy kończą Nord Stream 2, a ministrowie z SPD i CDU chcą znieść sankcje wobec Rosji”. Dlatego byłaby to pewna forma pomocy. – Ukraina nie tylko walczy o siebie, lecz także broni bezpieczeństwa Europy. Jeśli przegra, to będzie to zaproszenie dla Rosji, aby eskalowała również inne konflikty – tłumaczył polityk.
– Ta wypowiedź to tak właściwie część niemieckiej debaty o polityce wobec Rosji. Zieloni patrzą na Moskwę krytycznie, jak na reżim autorytarny atakujący państwa sąsiednie dla uzyskania celów geopolitycznych – wyjaśnia Justyna Gotkowska z Ośrodka Studiów Wschodnich. – Niemcy mają zasadę, że nie eksportują broni do terenów objętych konfliktem, ale jak wiadomo, można to naginać i zawsze znaleźć jakieś uzasadnienie dla stworzenia wyjątku. Do tej pory ze względu na Rosję tego wyjątku nie chcieli zrobić dla Ukrainy. Widać, że to podejście wśród niektórych polityków Zielonych i większości ekspertów zmienia się, ale całej niemieckiej klasie politycznej ta zmiana zajmie więcej czasu. Nie oczekuję radykalnych przesunięć w tym zakresie, nawet po ewentualnym wejściu Zielonych do przyszłego rządu – dodaje ekspertka.