Kwestia przeładunku białoruskich towarów eksportowych, przede wszystkim paliw i nawozów potasowych, od wielu lat jest przedmiotem negocjacji na linii Moskwa–Mińsk. Białorusini tradycyjnie korzystają głównie z portów państw bałtyckich (litewskiej Kłajpedy, ale także innych portów na Łotwie i w Estonii), co zapewnia im najlepszą logistykę, a co za tym idzie – ekonomię eksportu. To jednak nie leży w interesie Rosjan. Z jednej strony na przewozach i przeładunku białoruskiej produkcji zarabiają podmioty nierosyjskie. Z drugiej zaś zapewnia to Białorusi pewną niezależność od Rosji w strategicznych segmentach gospodarki.
Okazja, by Rosjanie mogli przymusić Białorusinów do ustępstw, nadarzyła się latem zeszłego roku, gdy Łukaszenka sfałszował wybory i rozpoczął masowe represje wobec protestującego społeczeństwa. Władze w Mińsku straciły wówczas możliwość lawirowania między Zachodem a Rosją, a przyszłość reżimu stała się dodatkowo zależna od poparcia Kremla. W rezultacie, gdy tylko Łukaszenka zagroził Litwinom, że na antybiałoruskie sankcje odpowie wycofaniem tranzytu, do gry błyskawicznie włączyli się Rosjanie. Potrzebowali zaledwie sześciu dni, by ustami ówczesnego ministra energetyki Aleksandra Nowaka zakomunikować gotowość do przeładunku białoruskich paliw i uruchomić negocjacje między zainteresowanymi resortami. Rozmowy zostały szybko przeniesione na poziom konkretnych spółek.