Przejęcie władzy przez generałów i uwięzienie Aleksieja Nawalnego sprawiły, że nowy prezydent Stanów Zjednoczonych bardzo szybko będzie mógł przetestować swoją wizję polityki zagranicznej, w której wartości mają odgrywać znacznie poważniejszą rolę niż za rządów Donalda Trumpa.
– Przekazałem prezydentowi Putinowi w sposób znacząco różniący się od mojego poprzednika, że skończyły się dni, kiedy Stany Zjednoczone będą przymykać oczy na agresywne działania ze strony Rosji – stwierdził prezydent podczas pierwszego przemówienia dotyczącego polityki zagranicznej.
Pytanie brzmi, jak walka o wartości będzie wyglądała w praktyce. Jeśli chodzi o Mjanmę to owszem, Waszyngton może nałożyć sankcje na przedstawicieli reżimu bądź kontrolowane przez nich przedsiębiorstwa państwowe. Niosłoby to jednak za sobą ryzyko wepchnięcia birmańskich generałów w objęcia Pekinu – w sytuacji kiedy Ameryka raczej rozgląda się za sojusznikami w Azji Płd.-Wsch., a nie szuka sposobów na antagonizowanie lokalnych graczy (Ameryka np. nie nawołuje do budowy demokracji w Wietnamie). I chociaż sami wojskowi woleliby uniknąć zbytniego zbliżenia z Chinami – na przestrzeni dekad relacje Mjanmy i Państwa Środka były skomplikowane – to postawieni pod ścianą (sankcji) z chęcią zwrócą się w stronę północnego sąsiada, który już teraz realizuje na terenie kraju projekty infrastrukturalne, w tym budowę sieci komórkowej piątej generacji.
W przypadku Rosji sprawa jest jeszcze trudniejsza. Co prawda sprawa gazociągu Nord Stream 2 pokazała, że punktowe, nakładane przez Waszyngton, sankcje mogą być skuteczne (a czasem nawet ich ryzyko – jak pokazało wycofanie się w grudniu 2019 r. z budowy szwajcarskiej spółki Allseas, skutkiem czego Rosjanie muszą kłaść rurę po bałtyckim dnie na własną rękę), to jednak najskuteczniejsze sankcje to takie, które nakłada się w tandemie z sojusznikami. A o tych, jak się okazuje w przypadku Rosji i na przykładzie bałtyckiej rury, niełatwo. Jeśli wobec aneksji Krymu, inwazji na Ukrainę, otrucia Skripala, utrzymania przy władzy syryjskiego dyktatora, otrucia i wsadzenia za kratki Nawalnego dyplomaci w Berlinie wciąż uważają, że Nord Stream 2 to rzetelny projekt biznesowy, to ewidentnie rysuje się tutaj pewna różnica zdań między oboma brzegami Atlantyku.
Kolejnym ograniczeniem polityki sankcji jest ich zasięg. Powiedzmy, że w reakcji na sprawę Nawalnego Waszyngton i europejscy sojusznicy zgodzą się obłożyć nimi jakichś popleczników Putina. Owszem, utrudni to im życie, ale nie zrobi nic dla osłabienia kremlowskiego systemu jako takiego. Do tego potrzebne byłyby znacznie poważniejsze kroki, takie jak np. zakaz dokonywania transakcji dolarowych (podobny manewr jak w przypadku Iranu) największym rosyjskim firmom lub instytucjom finansowym. Takie posunięcia są jednak widziane jako „opcja nuklearna”, czyli ostateczność. Tylko kiedy ta ostateczność ma nadejść?
Zresztą sceptycy już teraz mówią, że Biden w polityce zagranicznej wprowadza odwrotność tego, co Donald Trump: podczas gdy były prezydent łączył miękką retorykę wobec Rosji z twardymi działaniami (nawet jeśli były wymuszone przez Kongres, a nie Biały Dom), to obecny ich zdaniem będzie robił na odwrót: twardą retorykę połączy z miękkimi działaniami tudzież ich brakiem. Dziennik „The Wall Street Journal”, nieukrywający sympatii do kierunku polityki zagranicznej Trumpa (chociaż nie do każdego aspektu działalności prezydenta), skrytykował Biały Dom za to, że bezkrytycznie przedłużył obowiązywanie paktu ograniczającego liczbę głowic jądrowych w arsenałach obu państw, nie poruszywszy innych, równie ważnych kwestii (jak opracowywanie przez Rosjan nowych typów uzbrojenia zdolnych do przenoszenia owych głowic). I chociaż każda forma ograniczenia liczby atomówek na świecie jest mile widziana, to Biden w swoim nowym podejściu do polityki zagranicznej będzie musiał znaleźć również odpowiedź na takie wyzwania.