Europejska Agencja Straży Granicznej i Przybrzeżnej zawiesiła w ubiegłym tygodniu działalność na Węgrzech. Jako przyczynę podano zlekceważenie przez władze wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE z 17 grudnia 2020 r. Był to wyrok zamykający postępowanie wszczęte w 2015 r. Uznano w nim, że prowadzona przez Węgry polityka migracyjna jest niezgodna z unijnym prawem.
Jak zaznaczono, Frontex nie może funkcjonować w takich warunkach, a dalsze funkcjonowanie pogłębiałoby łamanie prawa. Komisarz spraw wewnętrznych Ylva Johansson podkreśliła, że sama wystąpiła z wnioskiem o zawieszenie działalności.
Analizę zastrzeżeń TSUE należy rozpocząć od wyroku z maja 2020 r. Uznano w nim, że umieszczanie osób ubiegających się o azyl w granicznej strefie tranzytowej jest niezgodne z prawem, a ludzie, którzy w niej przebywają, są nielegalnie pozbawieni wolności. Strefy takie powstały wzdłuż dwóch nitek ogrodzenia, powstałego w latach 2015–2017 na granicy z Serbią. Jego zadaniem było zatrzymanie fali migrantów podążających przez Węgry do Austrii i Niemiec. To zadanie zostało spełnione, bo w listopadzie 2015 r. kryzys migracyjny na Węgrzech przeszedł do historii. Analizując nastroje węgierskiej opinii publicznej, warto pamiętać, że przez kraj przewinęło się 400 tys. migrantów. Od 2015 r. nielegalne przekroczenie granicy nie jest wykroczeniem, lecz przestępstwem zagrożonym karą więzienia. Wyznaczono przy tym ośmiokilometrową strefę nadgraniczną, w której złapane osoby nie są aresztowane, lecz wyrzucane z Węgier bez rejestracji.
Reklama
W strefach przygranicznych, które znajdowały się de facto po serbskiej stronie, osoby ubiegające się o azyl czekały w warunkach urągających godności, o czym informowały fundacje niosące pomoc migrantom. Węgierska policja dostała prawo wypychania cudzoziemców na serbską stronę ogrodzenia. Osoby takie nie były przesłuchiwane, wbrew prawu międzynarodowemu nie pozwolano im też na składanie wniosków o azyl. W latach 2016–2020 potraktowano w ten sposób 50 tys. osób.
Węgry nie wypełniły zobowiązań związanych z obowiązkiem zapewnienia ochrony międzynarodowej osobom ubiegającym się o nią. Z kolei wydalanie ich do Serbii było naruszeniem obowiązku przyjmowania i oceny wniosków o azyl. W narracji węgierskich władz wykonanie wyroku TSUE byłoby niezgodne z interesem narodowym, bo oznaczałoby konieczność przyjmowania azylantów. Rząd Viktora Orbána sprzeciwia się przyjmowaniu migrantów, którzy przybyli z krajów bezpiecznych, w tym z Serbii. Migranci zgodnie z unijnym prawem powinni zostać zarejestrowani, ale władze tego nie robią.
Budapeszt manipuluje przy tym statystykami. Obecnie ujmuje się w nich nie tylko osoby, które faktycznie przekroczyły nielegalnie granicę, ale także te, które w ogóle znalazły się we wspomnianej strefie. W ten sposób udaje się utrzymać narrację ciągłego zagrożenia i presji migracyjnej, której nie ma. Gdyby przyjąć kryterium, które stosowano dawniej, czyli wydaleń z powodu nielegalnego przekroczenia granicy, od początku 2021 r. zrobiły tak 134 osoby. Według rozszerzonych statystyk było ich 5000.
Tym właśnie tłumaczy się regularne przedłużanie stanu zagrożenia kraju. To reżim prawny obowiązujący od 2016 r., choć nie ma przesłanek zgodnych z ustawą o tym stanie, które pozwoliłyby na jego utrzymywanie. Zagadnienie kryzysu migracyjnego wciąż jest jednym z najważniejszych tematów, na których jest budowana strategia komunikacyjna rządzącego Fideszu. Choć o mechanizmie relokacji uchodźców w UE praktycznie się już nie mówi, to właśnie ten temat został uznany jako najważniejszy w trakcie ubiegłotygodniowej wizyty szefa węgierskiej dyplomacji w Warszawie.
W komunikacie o zawieszeniu działalności agencja pisze o „ochronie granic”, podczas gdy rząd Węgier od lat mówi o ich „obronie”. Ta semantyczna różnica najlepiej oddaje przedmiotowe wykorzystywanie migracji w bieżącej rywalizacji politycznej. Z drugiej strony zawieszenie działalności Frontexu to kolejny argument, dzięki któremu premier Orbán będzie mógł przekonywać, że musi sam sobie radzić z kryzysem, bo na Unię nie ma co liczyć.