Po wprowadzeniu przez Chiny we wrześniu 2024 r. zakazu eksportu do Ukrainy i Rosji bezzałogowców i kluczowych komponentów do nich strumień dostaw nie zanikł, lecz zmienił trasę. Według chińskich danych celnych, na które powołuje się „Financial Times”, import części do dronów z Chin do Polski gwałtownie wzrósł, czyniąc ją jednym z najważniejszych rynków. O ile w 2024 r. Polska kupiła w ChRL 70 silników do małych pojazdów latających, o tyle w 2025 r. liczba ta przekroczyła 4 tys. sztuk. Część zapewne trafiła nad Dniepr.
Obejście sankcji czy efekt wojskowych zakupów?
Nasi rozmówcy ten skok tłumaczą próbami obejścia chińskiego zakazu i prostotą konstrukcji. – Zrobienie drona z komponentów chińskich jest bardzo łatwe. To tak, jakby pójść do Żabki i przygotować gotowy obiad z lodówki – mówi przedstawiciel polskiej branży dronowej. Jednak za tymi liczbami kryje się także inne zjawisko: spore zainteresowanie ze strony polskich służb mundurowych. W 2025 r. armia wykupiła dużą część dronów FPV, które były dostępne na rynku. – Prawdopodobnie wykupiliśmy rynek, bo możliwości finansowe były jeszcze na 2 tys. kompletów, ale już nie było zgłoszeń – przyznał wiceszef MON Cezary Tomczyk na posiedzeniu sejmowej komisji obrony narodowej.
Takie czyszczenie rynku umożliwiła wojsku specustawa z września 2025 r. Jeden z jej punktów pozwolił armii na omijanie podczas zakupu dronów ustawy o zamówieniach publicznych. Warunkiem jest uzyskanie pozytywnej opinii wojska i MON na temat konkretnej jednostki sprzętowej. W minionym roku dzięki tym zapisom wojsku udało się zamówić 6,3 tys. dronów. Posłużą one głównie do szkolenia instruktorów. Jak zapowiadał wiceminister Tomczyk, rewolucja dronowa dopiero przed nami. – Wydaje się, że w ciągu najbliższych 36 miesięcy wydamy łącznie ok. 15 mld zł na kupno i na możliwości produkcyjne zarówno bezzałogowych systemów uzbrojenia, jak i systemów antydronowych – powiedział.
Gdy liczy się koszt, wygrywają Chiny
Armia planuje też zakup 10 tys. dronów kamikaze Warmate i 1,7 tys. sztuk zwiadowczych FlyEye. To niewiele w porównaniu z produkcją naszych wschodnich sąsiadów. Jak zapowiadał wicepremier Ukrainy Denys Szmyhal, jego kraj w 2026 r. będzie w stanie wyprodukować 8 mln dronów.
Oficjalnie resort obrony w 2025 r. nie kupował chińskich produktów, ale w branży jest tajemnicą poliszynela, że taki sprzęt trafia do polskich służb, w tym do policji i straży pożarnej. Jak podkreślają rozmówcy DGP, głównym powodem jest cena. Magnes neodymowy potrzebny do budowy silnika kosztuje w Chinach 10 centów, podczas gdy amerykański odpowiednik tej samej klasy – nawet 1 dol. W efekcie chiński dron bywa czterokrotnie tańszy niż produkt amerykański czy europejski.
Czy Polska może uniezależnić się od Chin?
Zdaniem Juliana Żyromskiego z firmy FlyFocus jest szansa na produkcję dronów bez chińskich komponentów, ale wymaga to bardziej regularnych zamówień od państwa. – Łatwiej utrzymać sensowne ceny, jeśli co miesiąc pojawia się zamówienie na 200–500 dronów, niż gdy jest jednorazowa deklaracja zakupu 5 tys. sztuk w trzy miesiące, po której następuje trzyletnia przerwa – tłumaczy. Część firm wiąże nadzieje z szykowaną ustawą o bezpieczeństwie infrastruktury krytycznej, której projekt dąży do ograniczenia dostępu dostawcom wysokiego ryzyka. ©℗