Nick Fuentes to wschodząca gwiazda amerykańskiej radykalnej prawicy. Powiedzieć, że ten publicysta swoimi opiniami szokuje, to nic nie powiedzieć. Donald Trump i J.D. Vance wydają się na jego tle liberalnymi mięczakami.
Co dokładnie powiedział Nick Fuentes o Stalinie?
Jakiś czas temu Fuentes zbulwersował opinię publiczną – nie tylko w USA – pochwałą Stalina. Do końca nie wiadomo, o co dokładnie w tym chodziło. Prawdopodobnie była to po prostu kolejna prowokacja publicysty. Niemniej mocne słowa poszły w świat. A ja się zastanawiam nad tym, czy nie zawierają one drugiego dna.
Oczywiście Fuentes nie jest stalinistą w tym sensie, że w świetle podziału prawica–lewica stoi on na przeciwległym biegunie względem komunizmu. Tyle że Stalin wyprzedzał rzeczywistość polityczną, w której owa dychotomia straciła mocno na znaczeniu. Trzeba sobie bowiem zadać pytanie, o co się toczą główne spory polityczne XXI wieku. Odpowiedź brzmi: o suwerenność państw, która jest podważana przez rozmaite organizacje międzynarodowe (nieważne, czy są to stawiające na zyski ekonomiczne potężne korporacje, czy też instytucje dążące do ustanowienia w imię rozmaitych mrzonek nowego porządku politycznego w świecie). Tym samym do głosu dochodzi podział suwerenizm–globalizm. A przebiega on w poprzek dychotomii prawica–lewica.
Dla Stalina ważniejsze były interesy państwa, którym okrutnie rządził, niż realizacja utopii komunistycznej. Nieprzypadkiem posłał on na śmierć wielu towarzyszy partyjnych, szczerze wierzących w komunizm. I tu trzeba przypomnieć jego wygrany konflikt z Trockim – ideowym komunistą, politykiem marzącym o „permanentnej rewolucji” na skalę globalną. Tymczasem Stalin postulował budowę „socjalizmu w jednym kraju”. Okazał się zatem bardziej suwerenistą niż komunistą. I właśnie za to bywa w dzisiejszej Rosji chwalony, także przez Putina, ale nie tylko przez niego.
Spór na osi lewica–prawica wydaje się dziś archaiczny. Gdzie zatem przebiega linia podziału?
Przypomina mi się wywiad, który w roku 2015 przeprowadziłem dla magazynu „Aspen Central Europe Review” z rosyjskim pisarzem Zacharem Prilepinem. To skandalista, który ma na swoim koncie również takie niechlubne wyczyny, jak udział w walkach przeciw Ukraińcom w Donbasie. Prilepin mi powiedział, że lewica rosyjska (od, będących wtedy koncesjonowaną przez Kreml opozycją, komunistów do rozmaitych wówczas autentycznie antysystemowych grup) tym się różni od lewicy Zachodu, że ważniejsze są dla niej utrapienia rodzimego ludu niż problemy jakichś ekscentrycznych, uchodzących za wykluczone, mniejszości. Stoi więc ona – wyjaśniał Prilepin – po tej samej stronie politycznej barykady (stronie suwerenistycznej?), co Marine Le Pen i amerykańska Partia Republikańska (prawdopodobnie miał na myśli rodzący się w tamtym czasie ruch MAGA).
Wspomnę też o innej mojej rozmowie. Chodzi o wywiad z roku 2021 dla magazynu Tygodnik TVP z Alexandrem Melamidem, amerykańskim artystą plastykiem, imigrantem z ZSRR, czołowym przedstawicielem sztuki konceptualnej. Od niego z kolei usłyszałem, że kapitalizm się skończył wraz z Wielkim Kryzysem przełomu lat 20. i 30. XX wieku i od tamtego czasu głównymi stronami sporów politycznych w świecie są socjaliści narodowi (bynajmniej tego określenia nie odnosił do nazistów) oraz socjaliści międzynarodowi.
Nie chcę powiedzieć, że zgadzam się z moimi rozmówcami. Niemniej to, że podział suwerenizm–globalizm obecnie okazuje się ważniejszy od podziału prawica–lewica, jest faktem. Czy zatem żyjemy w świecie, w którym poniekąd spadkobiercy Stalina walczą ze spadkobiercami Trockiego? Aż strach odpowiadać na to pytanie. A Nick Fuentes być może nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że chwalenie przez niego Wielkiego Językoznawcy to jednak coś więcej niż zgryw.